Saturday, March 21, 2015

Staroci cd

W zeszłą sobotę pojechaliśmy z kolei z Richardem i Jitką (właścicielką Domaine D'Audabiac, o czym wspominałam wcześniej) na targi staroci do Villeneuve les Avignon i stałam się posiadaczką dość starego (z wyglądu) stołu kuchennego oraz łóżka do masażu, a także trzech starych krzeseł z wyplatanym siedziskiem i dzbanka do herbaty (dzbanki do kawy i herbaty to moja słabość). Stół ma białe toczone nogi (obecnie mocno odrapane) i blat z surowego drewna (dość sfatygowany, ale uroczo) który jeszcze muszę pociągnąć wybielaczem żeby nabrał koloru szarego, jakby leżał długo w wodzie albo był wysmagany wiatrem i deszczem. Pod okiem Richarda dojdę do takiego koloru. Zakupiłam również preparat do, niestety, uśmiercania korników w łóżku do masażu (cóż, nie mogę dopuścić do tego żeby go zjadły a po dobroci nie chcą opuścić miejscówki... jeszcze kilka dni mają na wyprowadzkę...). Łóżko do masażu wygląda jakby przyjechało prosto z Indochin (a może służyło jako leżanka w jakiejś palarni opium w Chinach). Ma miedziane końcówki na nogach i jest tak ładnie ciemnobrązowe. Richard się zachwycił, ja również. Jitka była sceptycznie nastawiona bo ma 1,80 wzrostu i trochę jej nogi wystawały jak się na nim położyła. No ale, w przyszłości mogę je wykorzystać do dekoracji w mojej klinice a teraz będę kładła na nim niższych pacjentów, a wyższych na łóżku nowoczesnym. Richard i Jitka też zakupili różne rzeczy, wszystko upchnęliśmy do samochodu Richarda i przed wyjazdem wpadliśmy do lokalnego bistro na kawkę. Potem oni pojechali już w stronę domu, a ja jeszcze wpadłam do zaprzyjaźnionego sklepu ze starociami i kupiłam jeszcze dwa świeczniki, ojojoj. A potem jeszcze wyruszyliśmy na spacer wzdłuż rzeki, z widokiem na Avignon i mury okalające Pałac Papieski. Wieczorem w wiosce niedaleko Uzes był festiwal tańca -tango. Psy nieprzytomne ze zmęczenia zostały w domu a ja sobie skoczyłam na fajną końcówkę tego ciekawego dnia.

Dzisiaj z kolei pojechałam na wycieczkę do Montpellier. Poszwędaliśmy się z pieskami po starym mieście. Mżył deszczyk ale ludzi było sporo. Widać ze Montpellier to takie żywe miasto w którym dużo się dzieje. Ludzie wyglądali na zadowolonych i zrelaksowanych sobotnio. Zahaczyliśmy jeszcze o plażę. Pieski pobiegały za patykami i poryły w piasku. Rafa chyba wreszcie załapała że rycie jest dozwolone na plaży ale nie w ogrodzie. Zastanawiam się czy nie zmienić jej imienia na Lola. Czasami jadąc samochodem słucham jednej ze "Sjest" i jest tam taka piosenka "Mi ninha Lola" i jak leci to Rafa się bardzo ożywia i merda ogonem. Zaczełam do niej mówić mi ninha lola i regauje radośnie. Czasami nie chce czegoś zrobić jak proszę Rafę, a jak proszę Lolę to chętnie. Może więc w końcu przejdziemy na Lolę i Lola będzie bardzo grzeczną dziewczynką (niedawno znowu mnie pociągnęła i padając zbiłam sobie łokieć i kolano, grrr). Jej instynkty psa stróżującego przydały się w końcu. W okolicy Uzes okradziono ostatnio wiele domów (głównie tych, których właściciele przyjeżdżają tylko na wakacje). Ja również słyszałam jakieś podejrzane głosy któregoś dnia, Rafa wściekle rzucała się na bramę od ogrodu, a potem usłyszałam mężczyzn mówiących do siebie "tu są psy". I poszli sobie. Jakby się do nas włamali to pewnie by ich pusty śmiech zebrał ale niefajnie jest wiedzieć że ktoś obcy był bez zaproszenia. A jakby zabrali miód z pasieki pana Andrzejewskiego, który przyjechał ze mną z Poznania, to już byłaby potwarz. No więc dobrze że Lola pilnuje. Wyjaśniłam to już sąsiadom że jak szczeka to znaczy że coś się dzieje, ale w związku z tym mogą spać spokojnie bo nikt nam nieproszony nie wejdzie. Zaczęliśmy też zamykać drzwi u Ludmiły w domu. Do tej pory zawsze były otwarte. No cóż, pewnie i na tej tutaj bardzo spokojnej wsi zdarzają się ekscesy. Ludmiła pojechała z chłopcami na weekendowy narciarski zlot strażaków w Alpy a my doglądamy Tajgi i dzisiaj i jutro będziemy z nią nocować.

Dobranoc!

Monday, March 09, 2015

Sobota w Chateau

W sobotę wybrałam się z moim kolegą Richardem na rynek do Sommieres. Richard jest architektem wnętrz i jeździ po wszystkich rynkach na których są starocie. Chciałam kupić sobie stół do jadalni więc wybrałam się z nim na poszukiwania. Ja nie znalazłam stołu za to Richard wyszperał przepiękne lustro w stylu kolonialnym. Było tak zakurzone tłustym kurzem że dopiero po dokładnym przyjrzeniu się widać urodę tego przedmiotu. Jest drewniane i bardzo spatynowiałe, złocone. Za ramę wciśnięte były trzy pocztówki z Bangkoku z pozdrowieniami z 1910 roku. Wyglądały jak by tam tkwiły od tego czasu. To mi nasunęło pewną myśl, że może kupię sobie kawałek ziemi i zbuduję domek w stylu kolonialnym a meble przywiozę z Indonezji. Pomysł jest fajny. Pomyślałam że może Richard da się zaciągnąć na wycieczkę do Azji Południowo-Wshodniej na szperanie po sklepach ze starociami. Po szperactwie poszliśmy na główny placyk miasteczka (które słynne jest i z tego że mieszkał tam Gerald Durrell i dlatego że je czasami zalewa jak rzeka wystąpi z brzegów) i zasiedliśmy z Richardem i jego znajomymi na ławkach przed restauracją w której serwuje się małże a resztę przynosi się samemu czyli chleby, sery, garmażerka, pasztety, itd. Do tego jest wino oraz na deser libańskie desery upieczone przez mamę właściciela Libańczyka a także kawa. Słońce grzało, ludzie siedzący obok nas przy długich ławach częstowali się wzajemnie swoimi specjałami. Zabrałam psy bo mam teraz taktykę zabierania Rafy w miejsca bardzo gwarne żeby przestała obszczekiwać ludzi i uznała ich za element krajobrazu. Oli, jako dobrze wychowany kawaler, światowiec i dżentelmen zachowywał się znakomicie. Rafa też już się temperuje i nabiera kultury. Pozwalała się głaskać, grzecznie siedziała pod stołem bez zawodzenia, po nikim nie skakała. Może już wreszcie dorośleje. Dostała nawet w nagrodę kawałek sera od państwa siedzących obok. Po paru podrzuceniach nosem, zjadła. Spełniło się moje marzenie jedzenia delikatesów. Raz lub dwa razy w tygodniu jeżdżę na rynek i tam obkupuję się w lokalne warzywa i wszelakie smakołyki jak również sery kozie lub owcze niepasteryzowane. Za takie sery na rynku Bernardyńskim życzono sobie 100 zł za kg czyli 25 euro. A tutaj płacę po 1-2 euro za sztukę jak kupuję bezpośrednio od rolnika albo trochę więcej na rynku. Jak chcę zaszaleć to próbuję ser za 5-12 euro za kg ale nie jestem jeszcze koneserem (i jadam w bardzo małych ilościach bo to jednak flegma jakby nie było) zatem każdy mi smakuje. Jestem zachwycona tą wszelaką różnorodnością i przystępnością, również owoców suszonych i oliwek.

Po tej wyśmienitej uczcie pojechaliśmy z Richardem do Chateau w St. Victor des Oules (6 km od Uzes) który kupili Australijczycy a Richard go odnawia i dekoruje. Richard wraz z panem kamieniarzem dłubali w łazience: zakładali na marmurową lwią nogę marmurową umywalkę i takież lustro. Myślę że wcześniej ta noga musiała stać gdzieś w pałacu Cezara albo Tyberiusza. A ja robiłam im i sobie co jakiś czas kawę lub herbatę i zwiedzałam pałac i przyległości. Pałac był kiedyś hotelem. Najwyższe piętro składa się więc z koszmarnych pokoi hotelowych (straszny kicz) które Richard przerobi na piękne pokoje i przywróci ich dawną świetność. Już przywrócił na parterze pałacu. Parter składa się z hotelowej kuchni więc głównie jest tam stal i kuchenne sprzęty. Nowi właściciele nie należą jednak do tych którzy sami sobie gotują więc będzie dla nich jak znalazł. Potem jest jadalnia i wszelakie pokoje i pokoiki z wieloma krzesłami, kanapami (jest ich tam kilkanaście), fotelami, konsolami, stołąmi, itd. Przechadzałam się po tych pokojach podziwiając różnego rodzaju posadzki, sklepienia, antyki, oświetlenie, freski. Do tego jest ogród, obecnie w przebudowie i aranżacji, a także basen, sadzawka z fontanną i rzeczka. Psy miały tam używanie - do wieczora bawiły się z Hermine, suczką Richarda w typie francuskiego Briarda. Rafa kilka razy wykąpała się w sadzawce i rzeczce, jak zwykle skorzystała z każdej możliwości popływania. W namiocie, służącym kiedyś do organizacji ślubów, stoją 4 samochody właścicieli: 3 Mercedesy (sportowy, półciężarówka i sedan) oraz Golf (pewnie dla kucharza, niani, fryzjerki i garderobianej). Państwo przyjeżdżają do pałacu w sierpniu i w sierpniu korzystają z tych samochodów. Pod Paryżem mają drugie Chateau, gdzie też pewnie są 4 samochody w pogotowiu. Pałac jest ogrzewany przez pół roku żeby nie zbutwiał. Poza tym że pałac kosztował 2 mln euro i pewnie drugie tyle pójdzie na renowację i umeblowanie (stół do jadalni to 13 tys. euro, i tle chyba każda z kanap), to nie mogę sobie wyobrazić kosztów eksploatacji tego przybytku. Fajnie tam było sobie poprzebywać (chociaż najbardziej ze wszystkiego podobała mi się oranżeria i to w oranżerii mogłąbym zamieszkać na przykład), pochodzić po ogrodzie, pobawić się z psami. Jednakże z radością wróciłam do mojego mieszkania, pustego poza 3 łóżkami (moim, Olego i Rafy). Jestem jednak typem który chętnie sobie przepych obejrzy ale lubi dla siebie skromniejsze wnętrze, i skromniejsze życie. Myślę że styl japoński bardziej by mi odpowiadał. Stąd pomyślałam o stylu kolonialnym który raczej przepychem też się nie wyróżniał.

Wracam do różnych zajęć. Pozdrawiam i ściskam.

Thursday, March 05, 2015

Mistral, Czekolada i Cyrk

Sprawa ze starymi domami ma się tak na południu Francji że nie są na ogół przystosowane do zimowych miesięcy. W ciągu dnia jest przeważnie kilkanaście stopni. W nocy temperatura spada do kilku stopni, czasami do zera. Taki stary kamienny dom jest więc wyziębiony jeżeli się go nie ogrzewa przez cały czas (a przeważnie się nie ogrzewa bo jest piec albo kominek albo jakaś atrapa grzejników). A do tego te domy mają przeróżne szpary przez które leci zimny i porywisty wiatr Mistral. Moja pierwsza noc w domu który wynajęłam (jest to właściwie część domu, zupełnie oddzielna z małym ogródkiem otoczonym starym murem i z drzewem oliwkowym pośrodku) wyglądała jak noc bohaterki filmu "Pod niebem Toskanii" w czasie burzy - myślałam że odlecę razem z domem w przestworza. Stary dom skrzypi i świszcze, okiennice klekoczą, kubły na śmieci i gałęzie latają po ulicy. Ojojoj. Rano po takiej wichurze czasami jest ciepło i słonecznie a czasami wiatr hula dalej, jak dzisiaj na przykład. Ludzie siedzą w domach i w zamkniętych pomieszczeniach, wszelakie prace remontowe ustają, nawet myśliwi przestają polować. Jedynymi osobnikami niezwykle kochającymi ten wicher jest Oli i Rafa. Jak tylko go poczują natychmiast chcą biec do lasu, a tam dostają takiego wariactwa że aż fajnie na nie patrzeć. Szczególnie Oli tarza się w trawie, biega w kółko, zaczepia Rafę do zabawy (bo w innych przypadkach to ona jest prowodyrką ekscesów), zachowuje się jak szczeniak. No więc taka okutana szalikiem, w czapce i zimowej kurtce szwędam się z nimi po lasach a wiatr przenika mnie do kości. Cóż, mają taką radość że nie mogę im jej odmówić.

Nasza wioska La Brugiere jest urocza. Jest to dla mnie najpiękniejsza wioska w okolicy Uzes. Od czasu obejrzenia filmu "Czekolada" chciałam przeżyć przygodę mieszkania w takiej małej starej wioseczce otoczonej lasami. Wioska leży u podnóża gór i parku narodowego Cevennes więc mamy tuż za domem setki kilometrów w zasadzie dzikiej przyrody. W wiosce mieszka kilkanaście osób, jest kilka gospodarstw (m.in. zaprzyjaźniona pani która uprawia rośliny dla olejków eterycznych i sprzedaje je na lokalnych rynkach). Następne kilkanaście domów, m.in. Chateau które jest na przeciwko mojego domu, to domy wakacyjne i o tej porze roku są zamknięte na głucho. Mieszkańcy pojawią się wiosną i latem, kiedy przestanie wiać wicher. W budynku merostwa pracuje kilka osób, są dwa małe parczki. Na jednym z nich rozłożył się na parę dni cyrk. Przyjechało kilka wozów, rozbili namiot, po wsi krążył samochód i pan przez głośnik obwieszczał że wieczorem będzie "spectacle". Obok namiotu pasły się lamy i kozy. Poczułąm się jakbym była w średniowieczu. Potem cyrk się spakował i odjechał do dalszych małych wiosek w górach. Wrócił spokój i cisza. Cudownie tu jest. Okolica piękna. Winnice, lasy, małe urocze miasteczka. Jednakże, czy ja się nadaję na taką ilość spokoju? No właśnie. Zastanawiam się. Będę w tym uroczym rejonie do końca jesieni. A potem zapewne pojadę dalej na dalsze zwiedzanie Francji. Nie jestem przekonana że chcę być tak daleko od różnych wielkomiejskich rozrywek. Jestem takim typem który chce mieć wszystko ("I want all of it!" skąd ten cytat, nie pamiętam) i spokój i gwar, i dziką przyrodę i kulturę wielkiego miasta, itd. itd. Muszę pewnie znaleźć takie miejsce w którym to wszystko będzie, tak żebym mogła z tego korzystać bo ja naprawdę korzystam! Codziennie robię mnóstwo ciekawych rzeczy, z marszu idę do kina, przechodzę gdzieś obok czegoś i zaraz chcę to zwiedzić. No tak, więc moje poszukiwania miejsca trwają i przynoszą mi dużo radości. Francja to piękny kraj, niezwykle bogaty we wszystko, więc z czasem znajdę to miejsce. Przyszedł mi do głowy plan zwiedzenia Montpellier i Paryża. Zrealizuję go. We wczesnej młodości Paryż i okolice (Reims, Orlean) mnie zachwyciły. Chciałabym sprawdzić jak będzie teraz, czy równie bardzo będzie mi się tam podobało. Tydzień temu zrobiłąm sobie z psiakmi wycieczkę do Aix-en-Provence, Tulonu, Hyeres, Bormes-les-Mimosas, Le Lavandou i St Tropez. Najbardziej podoba mi się St Tropez bo to nadal śliczne urocze małe miasteczko. Pozostałe miasta to beton, beton, beton i skrawki plaży. Czasami zdarzy się ładne miejsce ale rzadko. Podobało mi się też w Menton kiedy tam byłam kilka lat temu. Jednak są to głównie miejsca wakacyjne. O tej porze roku są dosyć wymarłe. Pomyślałam sobie że Cote de Azur musiało być piękne 100 lat temu zanim zaczęto je intensywnie zabudowywać ale w ręce wpadłą mi książka Mniszkówny z 1923 roku (znalazłam ją na placu Wolności w Poznaniu w budce z książkami do wzięcia) zatytułowana "Gehenna" w której panienka Handzia mówi że wybrzeże jest piękne ale architektura za bardzo jednolita. A więc pewnie już wtedy było gęsto. Myślę że bardzo bym chciała pożeglować po Morzu Śródziemnym i poodwiedzać urocze miasteczka zawijając do portów - to będzie najlepsze zwiedzanie wybrzeża. A zamieszkam... może na północy, gdzie przyroda nie jest pustynna ale bardziej soczysta. Zobaczymy co przyniesie ten rok i jakie miejsca.

Napoleon wyzdrowiał i marcuje. Znika na całe dnie, przychodzi tylko szybko wciągnąć jakiś koci pasztet i znowu go nie ma. Oczy mu wyzdrowiały, nosem nie pociąga, nie kicha, wygląda dobrze poza tym że futro ma polepione do niemożności. To będzie jego ostatnie marcowanie bo potem obetniemy mu to i owo, i zostanie ogolony do gołej skóry bo inaczej się nie da. 

I tym pozytywnym akcentem (chociaż pewnie nie dla Napoleona) zakończę na dziś. Pozdrawiam wszystkich czytelników mojego bloga przedwiosennie i Mistralowo!

Sunday, February 15, 2015

Po powrocie

Styczeń spędziłam w Polsce, w różnych miejscach, trochę nad Bałtykiem i w Poznaniu. Musiałam jechać pozałatwiać różne sprawy. Wróciłam tydzień temu. W międzyczasie Julita złamała nogę, zajęłam się nią i Marysią u Ludmiły w domu (u mnie nic jeszcze nie ma w mieszkaniu), w piątek przyjechała po nie Ola starsza córka Julity i w sobotę zabrała je do Polski. Julita będzie miała nogę w gipsie jeszcze przez 6 tygodni a potem czeka ją rehabilitacja, tak więc wróci do Francji jak już będzie całkiem sprawna.

Ja tymczasem zadomawiam się w nowym mieszkaniu, aczkolwiek powoli bo jeszcze doglądam u Ludmiły Napoleona który się rozchorował (koci katar) i wymaga podawania różnych medykamentów. Zaczął już pić więc jest nadzieja że z tego wyjdzie. Od przyszłego tygodnia będę przyjmowała pacjentów na akupunkturę w moim mieszkaniu i w gabinecie znajomej w Uzes, i doniosę o kolejnych przygodach jak się trochę ogarnę po tych wszelakich zawirowaniach. Tymczasem ściskam wszystkich serdecznie z deszczowego dziś Audabiac.

Tuesday, December 23, 2014

Życzenia Świąteczne z Uzes

Moi drodzy czytelnicy bloga, znajomi i przyjaciele,

Życzę wam wszystkiego dobrego w Święta i fantastycznego Nowego Roku.

W kwestii ostatnich wydarzeń: tyle się dzieje że nie ma kiedy pisać. Marcin zapytał mnie jakiś czas temu czy się nie nudzę na tej wiosze, z której do najbliższego sklepu jest 14 km. Otóż nie! Pomimo tego że dzień jest krótki i we wsi jest zaledwie kilkanaście domów (z czego połowa to domy wakacyjne i w związku z tym zamknięte na głucho do wiosny) cały czas coś jest do robienia. Jestem też nadal częścią rodziny Ludmiły bo kursuję pomiędzy jej domem i domem gospodarzy Domain czyli głównego budynku (gospodarze też są w swoim "zimowym" domu więc spośród kilkunastu pokoi w tym domu i kilku budynków gospodarczych jestem tu sama). No i ponieważ na razie nie mam swojego gabinetu jeżdżę do odległych czasem miejsc żeby robić akupunkturę pacjentom. Julita zostaje w Arles do końca czerwca, aż Marysia skończy pierwszą klasę, a w międzyczasie pojawiła się oferta wynajęcia mieszkania jednego z moich pacjentów który właśnie kupił dom i się przeprowadza. Tak więc od stycznia będę wynajmowała mieszkanie w kolejnej małej wsi, oddalonej od Ludmiły o kilka kilometrów, bliżej Uzes. Okolica nadal piękna, lasy dookoła, do Uzes niedaleko. W mieszkaniu jest pokój który mogę przeznaczyć na gabinet i tam będę przyjmowała pacjentów. To będzie super. Jest też otwarty kominek więc będę się zacieszać żywym ogniem wieczorami. Tak więc postanowiłam że następny rok poświęcę na naukę francuskiego, na dokańczanie spraw związanych z Polską, na robieniu akupunktury i na wypoczywaniu tj. szwędaniu się po okolicznych lasach i zwiedzaniu Langwedocji i Prowansji. I może za rok będzie już czas na organizację centrum zdrowia. Teraz jest czas na relaks i zbieranie sił do dalszych projektów. Ponieważ jestem otoczona lasami to zamierzam też zjeździć je na rowerze i chyba będę musiała zakupić rower typowo terenowy z grubymi oponami bo podłoże jest tutaj mocno kamieniste. Do tego zamierzam codziennie poświęcić czas na qi gong w lesie (zaczęłam już ten poranny rytuał). No więc, widzicie moi drodzy, nie ma tutaj szans na nudę. Dwa razy w tygodniu trzeba też pojechać na targ do Uzes lub innego miasteczka żeby odnowić zapasy.

W ostatnią sobotę byłam u pacjentów w Lourmarin - urocza wioska 30 km od Aix-en-Provence. Spędziliśmy fajne popołudnie wygrzewając się na tarasie kawiarni i spacerując po parkach otaczających jakieś Chateau. W ostatnim tygodniu temperatura osiągała 20 stopni wiec tym bardziej dużo czasu spędzałam na dworze. W niedzielę byliśmy z Ludmiłą i chłopcami w tzw. Oppidum czyli na ruinach rzymskiego miasta (a to nawet było przed-rzymskie) niedaleko Nimes. Wiele jest tutaj takich miejsc, niektóre całkiem nieźle zachowane a inne pełne ruin i stert kamieni które kiedyś były domami. Fantastycznie jest się tak szwędać po "żywej historii". Rafa tylko, jak zwykle, wytarzała się w jakiejś kupie i całą drogę powrotną śmierdziała w samochodzie niewymownie. Nigdzie nie było rzeczki żeby ją wykąpać. W ogóle Rafa to jest moje wielkie wyzwanie wychowawcze. Mam nadzieję że w niebie policzą mi te trudy które poniosłam żeby ją wychować na normalnego psa. Do tej pory miałam tylko Owczarki Szkockie i Bordery i znakomicie mogłam się z nimi dogadać. Rafa jest mieszanką nie wiadomo czego dokładnie (pewnie psa gończego, myśliwskiego i stróżującego bo takie cechy charakteru prezentuje) i jej zachowanie jest nieprzewidywalne. Do tego z wiekiem robi się coraz bardziej niezależna i krnąbrna. Oboje z Olim mamy jej czasami okropnie dość. Po niektórych jej wyskokach (np. wyżarcie dziury w kanapie gospodarzy, na szczęście nie żaden bezcenny Ludwik XIV, od których roi się w tym domu, tylko zwykły Rene Bobois wart zaledwie kilkanaście tys Euro - szkodę będę musiała naprawić bo się do tego poczuwam) miałam ochotę podarować ją owczarzowi w dolinie (latałaby cały dzień bo tego jej najbardziej potrzeba) ale prędzej by pewnie te owce zjadła niż je pilnowała. Zobaczymy co będzie dalej i jak będzie się zachowywała na nowym miejscu bo tutaj poczuła się panią na włościach i przestała słuchać. Wcześniej trzymała się mnie blisko a teraz zaczęła sobie robić wycieczki i wracać w stanie strasznego unorania (wiadomo w czym). Za każdym razem dostaje burę i za każdym razem jest to samo. Moje inne psy dostały jakąś informację raz i zrozumiały co jest pożądanym zachowaniem a ten tutaj pies w ogóle nie chce współpracować. Myślę że Rafa powinna być psem jakiegoś myśliwego albo trapera. Może to jest myśl żeby jej znaleźć jakiegoś myśliwego. Byłaby pewnie znakomitym psem tropiącym, nieuchwytnym węchem dla zwierzyny skoro zapach ma ciągle taki zmieniony. No i lubi pilnować i obszczekiwać wszystko co jest za płotem więc jest znakomitym psem do pilnowania (ale mnie to jej obszczekiwanie doprowadza do szału). Jakbyście słyszeli coś o myśliwym (nie boi się wystrzałów) który potrzebuje psa towarzysza do polowań, to dajcie znać - wydaje mi się że mój styl życia nie pasuje do Rafy i lepiej by jej było u kogoś kto lubi tropiąco-stróżujące a nie pasterskie. Oli z kolei boi się wystrzałów i zazwyczaj jak coś usłyszy w lesie to sam wraca do domu i czeka grzecznie pod drzwiami żeby go wpuścić. Oli w ogóle jest nadzwyczajnym psem i podziwiam go za to jak sobie poradził z dziką Rafą, bo to on odwalił brudną robotę jeżeli chodzi o jej wychowanie czyli w ogóle pokazanie jej że nie ona tutaj rządzi i pozbawienie jej agresywnych cech.

Zaczęłam szukać łóżka do mojego nowego mieszkania i rzeczywiście Francja jest pełna niedrogich antyków. Dla miłośników staroci jest to fantastyczne miejsce. Muszę się dobrze zastanowić co chcę mieć (oprócz tego co przywiozę z Polski, co zostało u Hani i Borysa na strychu) żeby się za bardzo nie obłożyć sprzętami bo pokusa jest wielka. Rozumiem tą miłość do szperania po rynkach staroci i przygodnie spotkanych stodołach z rzeczami z zamierzchłych czasów. Można znaleźć niesłychane rzeczy i wybitnie piękne.

Trwają przygotowania do Świąt. Wszędzie są Marche du Noel czyli przedświąteczne targi z rękodziełem i smakołykami. Ja już zakupy zrobiłam, i prezenty. Spędzę Święta z Ludmiłą i jej rodziną oraz jej znajomymi Marie Christine, Mauelem i ich trójką dzieci. Będzie więc licznie. W pierwszy dzień Świąt, jeżeli będzie ładna pogoda, chcemy się wybrać na plażę do Camargue, a Sylwestra planujemy przetańczyć na imprezie brazylijskiej, na której kolega Ludmiły gra ze swoim zespołem. Kreacji na ten wieczór jeszcze nie mam, po Świętach coś wymyślę.

W długie jesienne wieczory oglądaliśmy też Rancho, polski serial. Będąc tu dwa lata temu obejrzałyśmy pierwszy sezon serialu. W Polsce nie mogłam go oglądać bo mnie trafiał szlag, tak to odpowiada polskiej rzeczywistości gdzie albo Wójt albo inkwizycja. A z uwagi na moje hadranie się z korupcją w gminie Tarnowo Podgórne i poznanie od podszewki systemu i tzw. "samorządu" to już w ogóle nie było mi do śmiechu kiedy próbowałam raz obejrzeć jakiś odcinek. Ale tutaj, z perspektywy ok. 2000 km, nawet mi jest do śmiechu. Jestem od tego tak daleko że mnie to już tak nie dotyka i mogę potraktować ten serial jako rozrywkowy. Nie ma tutaj ławeczki z panami przypiętymi do butelki wina (tutaj to byłoby nie do pomyślenia żeby wino pić z gwinta, a nie w odpowiednim kieliszku), zataczającymi się w drodze do domu. Nie ma kobiet w stylu Solejukowej, czyli takich które przepraszają że żyją i cały czas węszą jakąś tragedię ("Matko Boska!") i poruszają się w podomkach i laczkach na skarpetach (poza niedzielną sumą kiedy to przychodzi czas na wystrojenie się). Nie ma tej zawiści, plotek, itd. Tutejszy folklor to degustacja wina, korsykańskich kiełbas, oraz kozich serów, a także rynki i kiermasze wiejskie, wystawy prac artystycznych (malarstwo, ceramika, szkło, kowalstwo artystyczne) i wszelakie wydarzenia kulturalne na tej naszej zapadłej wsi - bo dla przeciętnego miastowego Francuza departament Gard w którym teraz mieszkam to zapadła wiocha. Ciekawe co by pomyślał taki "miastowy", albo nawet taki "wiejski", Francuz gdyby dotarł do Wilkowyj...

Jeżeli chodzi o filmy polskie, to zawsze polska kinematografia lepiej mi leży za granicą. Obejrzałam też, po wielu latach, "Nad Niemnem" i bardzo mi się podobała ta mini seria. Cóż za wspaniałe krajobrazy, świetne role, kostiumy, itd. Historia też piękna i ile tam ciągle aktualnych opinii na temat Polski i emigracji. Fantastyczny film. Przejrzałam co też Ludmiła ma w biblioteczce i następny będzie "Janosik".

A z literatury polecam wszystkim Andrzeja Bobkowskiego, którego poznałam dzięki Izie od której dostałam jego "Szkice Piórkiem" i zapiski z Gwatemali. Dwa lata temu podążałam tym samym szlakiem którym podążał Bobek we Francji na rowerze, jadąc wzdłuż wybrzeża. Fantastycznie się czyta te zapiski "chuligana wolności" jak go nazywają jego miłośnicy. Gorąco polecam.

Cieszę się już bardzo na Nowy Rok. Będzie może spokojniejszy niż ten obecny, czego bym sobie życzyła. Rok 2015 rokiem twórczego ale spokojnego działania, w koncentracji i harmonii. Co wy na to?

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

Tuesday, December 09, 2014

Wkrótce ciąg dalszy przygód

Moi drodzy, ciąg dalszy przygód nastąpi wkrótce. Mój leciwy komputer padł (był już bardzo stary i nie przeżył ataku wybitnie złośliwego wirusa) i czekałam na nowy z klawiaturą do której jestem przyzwyczajona, a potem znowu nie mieliśmy internetu (i w ogóle prądu) z powodu kolejnych wichur i deszczy. Dzisiaj świeci piękne słońce więc lecę wykorzystać dzień na spacery po lesie a wkrótce doniosę o nowościach z Lussan i okolic. Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich czytelników!

Wednesday, October 29, 2014

Ciąg dalszy przygód na szwajcarskich i francuskich dróżkach

Wykłady mojego Mistrza Jeffrey'a Yuen były fantastyczne. Dotyczyły bólu i nowotworów (prewencji i leczenia). Ponieważ wiele z tych wiadomości już wdrażałam w życie moich pacjentów często miałam ochotę zachować się tak jak to jest w zwyczaju uczestników kościołów Gospel na nowojorskim Harlemie: chciałam wstać, zacząć tańczyć, klaskach w dłonie i krzyczeć "yes! yes maaaaan! hallelujah!" na potwierdzenie że zgadzam się z teorią, że przynosi efekty, że przynosi cuda bo wypróbowałam w praktyce. Te wykłady były przypomnieniem, wzmocnieniem i weryfikacją że moje zrozumienie i praktyka pokrywa się z tysiącletnią historią i filozofią chińskiej medycyny. Większa część ludzi na wykładach (było ich pewnie z 80 osób) była równie podniecona i słuchała z wypiekami na twarzy tak jak ja. Ale byli i tacy którzy podsypiali - widać było że ogrom informacji ich przeraził bo nie byli do tego ogromu i zawiłości przygotowani. Jest to rozległa wiedza więc cieszę się że już ją posiadłam w stopniu który pozwala leczyć z sukcesem, ale oczywiście do końca życia będę zgłębiała starożytne księgi i mam nadzieje że będę mogła słuchać wykładów Jeffreya przez wiele następnych lat.

Do Winterthur gdzie odbywały się zajęcia dotarłam bla bla carem z Benjaminem i trzema innymi osobami, m.in. Joydee która jest z Wenezueli i studiuje flet w Genewie (bardzo miła i ciekawa osóbka). Wlekliśmy się starym Renoultem Benjamina ponad 10 godzin ale Ben podwoził każdego pod sam dom więc też i to trochę przeciągnęło tę podróż. Było jednak bardzo radośnie, rozmawialiśmy w różnych językach, po angielsku, francusku, hiszpańsku i niemiecku. Każdy miał coś wspólnego z innym towarzyszem podróży więc był to "wesoły autobus". W powrotnej drodze jechałam też bla bla carem z Franzem i Alexem z Niemiec, szybką nową Skodą, autostradami; szybko, sprawnie i dosyć nudno. Chłopaki jechali na jakiś mecz do Barcelony i wyglądało na to że piłka to ich jedyne zainteresowanie. Poprosiłam ich żeby zboczyli trochę z trasy i podwieźli mnie do Bagnols-sur-Ceze (bliżej domu niż Avignon gdzie chcieli mnie zrzucić na wylocie z autostrady). Wjechaliśmy w tunel z platanów i tak się zachwycili krętymi wąskimi dróżkami francuskiej prowincji że postanowili pojechać stamtąd do Barcelony lokalnymi drogami i nawet zjeść obiad w Nimes (poleciłam im knajpę przy rzymskiej arenie). Może więc Francja nie będzie dla nich tylko przelotem autostradą. Może się nią zachwycą jak ja.

Wracając do Szwajcarii. Winterthur wygląda na miasto doskonałe: niezbyt duże, bardzo zadbane, posiadające bardzo ładną starówkę z mnóstwem atrakcji, niewielkie obrzeża, mały ruch samochodowy bo większość mieszkańców przesiadła się na rowery. Jest tu spokojnie, błogo, a dookoła jest fantastyczna przyroda, parki, góry, jeziora. Ludzie są bardzo mili wszędzie i wykazują swobodną kulturę osobistą która wygląda na wyssaną z mlekiem matki a nie nabytą. Atmosfera jest bardzo przyjemna. Na wykładach poznałam 4 fajne dziewczyny: Yang z Chin, Lindę z Niemiec, Swietłanę z Ukrainy i Helen z NY. Wszystkie mieszkają od kilku lat w okolicach Winterthur (i praktykują akupunkturę) i bardzo im się tam podoba. Wcześniej mieszkały w Anglii, USA i Kanadzie ale mówią że najlepiej im się mieszka w Szwajcarii. Poznałam kiedyś Szwajcarkę w Indiach która mówiła że ma tak dosyć "ładu, porządku i kultury szwajcarskiej" że większą część roku spędza w Indiach bo lubi tą hinduską degrengoladę, chaos i swoisty syfek. Podejrzewam że z kolei każdy Hindus byłby wniebowzięty gdyby mógł zamieszkać w Szwajcarii gdzie wszystko jest jasne, oczywiste i gdzie można być głodnym tylko na własne życzenie; po życiu w kraju gdzie obowiązuje ciągła niepewność dalszej egzystencji, życie w bezpieczeństwie jasnych zasad może być niezwykle atrakcyjne. Co dla jednego może być niebem, dla drugiego może być piekłem. Tak jest pewnie ze wszystkim. Ja również, po moich walkach z polskimi urzędami, z bezprawiem, korupcją, codziennym chamstwem i głupotą systemu, cieszyłabym się mieszkając w kraju gdzie z takimi rzeczami walczyć nie trzeba i można ten czas poświecić na produktywne i radosne inicjatywy. Być może Francja nie jest tak idealnym krajem jak Szwajcaria ale jednak czuję że tutaj jest moje miejsce. Nie jest tutaj tak czysto i tak schludnie ale lubię tą "antyczność" Francji, tą miłość tutejszą do odrapanych starych sprzętów, małych poobijanych i zakurzonych samochodzików, do trzygodzinnej sjesty, itd. Jak przekraczam granicę to się cieszę że wracam do domu.

Właściwie już czuję się częścią tej społeczności w której obecnie jestem. Mam już pacjentów spośród mieszkańców wsi w której mieszkam i znajomych Ludmiły (jeden przyjechał z Paryża na zabiegi). Pracownicy w La Nougatine mnie rozpoznają - już zauważyli że nie jestem turystką tylko nowym lokalsem. Teraz Nougatine jest w remoncie więc zaprzyjaźniłam się z panem prowadzącym małą restauracyjkę do której wpadam na cafe alonge kiedy jestem w Uzes na targu. Targi w Uzes nigdy chyba nie przestaną mnie zachwycać. Jest tam wszystko co potrzebne jest do życia: świeże lokalne warzywa i owoce, oliwa, ocet winny, wino, orzechy, klasztorne przetwory, różne suszone strączki, a także mydła marsylskie, olejki, przyprawy, itd. W sobotę wzdłuż ulicy ciągnie się rynek ze wszystkim czyli ciuchami, butami, obrusami, wszelkim rękodziełem, itd. Uzes jest miastem dla mnie idealnym. Jest tak małe że można je przejść na piechotę w zapewne 20 minut ale ma wszystko: sklepiki, restauracje, kawiarnie, galerie wszelakie, małe kino, księgarnie, biblioteki, optyków, jeden szpital, szkołę podstawową i liceum a nawet oddział Uniwersytetu Publicznego do którego zapisałam się na język francuski od listopada (niskie opłaty, mała grupa). Pani na uniwersytecie bardzo się ucieszyła że jestem z Polski i życzyła mi powodzenia w osiedleniu się. W ogóle spotkałam jak do tej pory samych miłych ludzi. Jak powiedziałam sąsiadce o moich planach otwarcia centrum zdrowia i że będzie tam pracowało kilkoro moich znajomych z Polski to powiedziała: "Co? Najpierw nalot hydraulików z Polski a teraz nalot akupunkturzystów?!" Ale potem dodała: "I bardzo dobrze bo francuscy hydraulicy są do kitu a akupunkturzystów nie ma za wielu." Giselle jest żoną Rene pastora protestanckiego (oboje na emeryturze) i sami byłi pół życia emigrantami więc nie mają nic przeciwko wędrówce ludów. Mieszkali przez pewien czas na Brooklynie a nawet w domu na kółkach wśród Romów, co wspominają z nostalgią. Wracając do Uzes i naszej wsi oddalonej o 14 km (właśnie kot wskoczył mi na kolana - zaraz będzie o kotach) rejon ten jest typowo wiejski czyli usiany małymi wioskami po kilkanaście domów, wąskimi drogami obsadzonymi platanami, lasami, rzeczkami i winnicami. Jadę sobie tymi dróżkami i się wprost zacieszam tak tu jest pięknie. Oczywiście wszędzie pełno wszelakich zabytków. W niedzielę byłyśmy z Ludmiłą i jej synami w miasteczku rzymskim na wzgórzu Vaison-la-Romaine. Były tam też namioty z jedzeniem do degustacji - fantastyczne jedzonko. Cudowna starówka. W Uzes też jest pałac (obecnie muzeum miejskie), kościół i dużo bardzo starych budynków. W Uzes fajne jest też to, że dookoła osiedliło się wielu ludzi spoza Francji więc towarzystwo jest mieszane. Na sobotnim targu słychać języki z całego świata.

W poniedziałek pojechałam do Arles (kolejne cudne stare miasto przyjaznych rozmiarów) spotkać się z Julitą i jej 7-letnią córeczką Marysią (przeprowadziły się do Arles w sierpniu) a wcześniej pojechałam do St Maries de la Mer - miasteczka na wybrzeżu w rejonie Camargue (według legendy 4 Marie czyli Maria Magdalena, Maria matka Jezusa oraz dwie inne Marie przypłynęły do tego miejsca uciekając przed prześladowaniem po śmierci i zmartchwychwstaniu Jezusa). Nadal jest ciepło (25 C) więc biegaliśmy z pieskami po plaży i było sporo ludzi, również kąpiących się. Było trochę panów z panami i pań z paniami, chodzących w objęciach romantycznych. Bardzo lubię taką atmosferę gdzie każdy może swoje emocje uzewnętrznić i cieszyć się życiem na zewnątrz a nie w ukryciu tylko swojego domu. Było też sporo piesków z którymi Oli i Rafa radośnie się pluskały i przeciągały patyki.

Koty. Są dwie kotki Ludmiły i jeden dochodzący rudy kocur (ten na kolanach) - mój faworyt. Przyszedł bardzo chory kilka miesięcy temu i u Ludmiły się podreperował. Teraz jest zdrowy, tłusty, mocno ofutrzony i sypia najczęsciej na mozaikowym stole na tarasie. Myślę że jest wybitnie mądry. Wymógł szacunek psów ale nie jakimś dzikim rzucaniem się, prychaniem (jak kotki) tylko stoickim spokojem (drga tylko końcówka ogona) i ewentualnie wyciągnięciem łapy z pazurkami od czasu do czasu ale nie tak żeby podrapać. Inne koty są gonione a ten leży rozwalony i psy siedzą naprzeciwko niego i tak sobie leżakują na werandzie. Jak kupię dom to go zabiorę, tego fantastycznego kocura, bo do nikogo nie należy, tylko tak przychodzi na moje kolana i na żarcie to tu to tam. Lubię takie niezależne typy, taki koci mistrz zen który do każdych warunków się przyzwyczai i wygląda na mocno zadowolonego.

Psy. Prowadzą fantastyczny żywot. Teraz towarzyszą chłopcom w budowie szałasu przy winnicy. Myślałam że Rafa jest najdzikszym psem na świecie ale jednak nie. Najdziksza jest suczka sąsiadów Izzy. Jest niezamęczalna tzn. Rafa czasami ucieka przed nią do domu tak jest przez nią wymiętolona. Izzy to poprostu urodzony zapaśnik - nigdy nie ma dość. Jak idę na zbiór szarfranu to przeważnie towarzyszy mi teraz stado: seniorka Tajga leniwie krocząca, dwie psice które latają w kółko jak szalone i Oli który usadawia się w miejscu gdzie ma oko na wszystko - w końcu jest teraz głową tego stada i musi pilnować żeby każdy był na swoim miejscu i nie za daleko od reszty.

Szukamy z Julitą jakiegoś locum na gabinet i ogarniamy kwestie urzędowe. Dalszy ciąg jesieni i zima będą zatem pracowite co mnie bardzo cieszy bo lubię twórcze działania w miejscu, w którym czuję przypływ twórczej energii. Tymczasem pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie.