Tuesday, December 09, 2014

Wkrótce ciąg dalszy przygód

Moi drodzy, ciąg dalszy przygód nastąpi wkrótce. Mój leciwy komputer padł (był już bardzo stary i nie przeżył ataku wybitnie złośliwego wirusa) i czekałam na nowy z klawiaturą do której jestem przyzwyczajona, a potem znowu nie mieliśmy internetu (i w ogóle prądu) z powodu kolejnych wichur i deszczy. Dzisiaj świeci piękne słońce więc lecę wykorzystać dzień na spacery po lesie a wkrótce doniosę o nowościach z Lussan i okolic. Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich czytelników!

Wednesday, October 29, 2014

Ciąg dalszy przygód na szwajcarskich i francuskich dróżkach

Wykłady mojego Mistrza Jeffrey'a Yuen były fantastyczne. Dotyczyły bólu i nowotworów (prewencji i leczenia). Ponieważ wiele z tych wiadomości już wdrażałam w życie moich pacjentów często miałam ochotę zachować się tak jak to jest w zwyczaju uczestników kościołów Gospel na nowojorskim Harlemie: chciałam wstać, zacząć tańczyć, klaskach w dłonie i krzyczeć "yes! yes maaaaan! hallelujah!" na potwierdzenie że zgadzam się z teorią, że przynosi efekty, że przynosi cuda bo wypróbowałam w praktyce. Te wykłady były przypomnieniem, wzmocnieniem i weryfikacją że moje zrozumienie i praktyka pokrywa się z tysiącletnią historią i filozofią chińskiej medycyny. Większa część ludzi na wykładach (było ich pewnie z 80 osób) była równie podniecona i słuchała z wypiekami na twarzy tak jak ja. Ale byli i tacy którzy podsypiali - widać było że ogrom informacji ich przeraził bo nie byli do tego ogromu i zawiłości przygotowani. Jest to rozległa wiedza więc cieszę się że już ją posiadłam w stopniu który pozwala leczyć z sukcesem, ale oczywiście do końca życia będę zgłębiała starożytne księgi i mam nadzieje że będę mogła słuchać wykładów Jeffreya przez wiele następnych lat.

Do Winterthur gdzie odbywały się zajęcia dotarłam bla bla carem z Benjaminem i trzema innymi osobami, m.in. Joydee która jest z Wenezueli i studiuje flet w Genewie (bardzo miła i ciekawa osóbka). Wlekliśmy się starym Renoultem Benjamina ponad 10 godzin ale Ben podwoził każdego pod sam dom więc też i to trochę przeciągnęło tę podróż. Było jednak bardzo radośnie, rozmawialiśmy w różnych językach, po angielsku, francusku, hiszpańsku i niemiecku. Każdy miał coś wspólnego z innym towarzyszem podróży więc był to "wesoły autobus". W powrotnej drodze jechałam też bla bla carem z Franzem i Alexem z Niemiec, szybką nową Skodą, autostradami; szybko, sprawnie i dosyć nudno. Chłopaki jechali na jakiś mecz do Barcelony i wyglądało na to że piłka to ich jedyne zainteresowanie. Poprosiłam ich żeby zboczyli trochę z trasy i podwieźli mnie do Bagnols-sur-Ceze (bliżej domu niż Avignon gdzie chcieli mnie zrzucić na wylocie z autostrady). Wjechaliśmy w tunel z platanów i tak się zachwycili krętymi wąskimi dróżkami francuskiej prowincji że postanowili pojechać stamtąd do Barcelony lokalnymi drogami i nawet zjeść obiad w Nimes (poleciłam im knajpę przy rzymskiej arenie). Może więc Francja nie będzie dla nich tylko przelotem autostradą. Może się nią zachwycą jak ja.

Wracając do Szwajcarii. Winterthur wygląda na miasto doskonałe: niezbyt duże, bardzo zadbane, posiadające bardzo ładną starówkę z mnóstwem atrakcji, niewielkie obrzeża, mały ruch samochodowy bo większość mieszkańców przesiadła się na rowery. Jest tu spokojnie, błogo, a dookoła jest fantastyczna przyroda, parki, góry, jeziora. Ludzie są bardzo mili wszędzie i wykazują swobodną kulturę osobistą która wygląda na wyssaną z mlekiem matki a nie nabytą. Atmosfera jest bardzo przyjemna. Na wykładach poznałam 4 fajne dziewczyny: Yang z Chin, Lindę z Niemiec, Swietłanę z Ukrainy i Helen z NY. Wszystkie mieszkają od kilku lat w okolicach Winterthur (i praktykują akupunkturę) i bardzo im się tam podoba. Wcześniej mieszkały w Anglii, USA i Kanadzie ale mówią że najlepiej im się mieszka w Szwajcarii. Poznałam kiedyś Szwajcarkę w Indiach która mówiła że ma tak dosyć "ładu, porządku i kultury szwajcarskiej" że większą część roku spędza w Indiach bo lubi tą hinduską degrengoladę, chaos i swoisty syfek. Podejrzewam że z kolei każdy Hindus byłby wniebowzięty gdyby mógł zamieszkać w Szwajcarii gdzie wszystko jest jasne, oczywiste i gdzie można być głodnym tylko na własne życzenie; po życiu w kraju gdzie obowiązuje ciągła niepewność dalszej egzystencji, życie w bezpieczeństwie jasnych zasad może być niezwykle atrakcyjne. Co dla jednego może być niebem, dla drugiego może być piekłem. Tak jest pewnie ze wszystkim. Ja również, po moich walkach z polskimi urzędami, z bezprawiem, korupcją, codziennym chamstwem i głupotą systemu, cieszyłabym się mieszkając w kraju gdzie z takimi rzeczami walczyć nie trzeba i można ten czas poświecić na produktywne i radosne inicjatywy. Być może Francja nie jest tak idealnym krajem jak Szwajcaria ale jednak czuję że tutaj jest moje miejsce. Nie jest tutaj tak czysto i tak schludnie ale lubię tą "antyczność" Francji, tą miłość tutejszą do odrapanych starych sprzętów, małych poobijanych i zakurzonych samochodzików, do trzygodzinnej sjesty, itd. Jak przekraczam granicę to się cieszę że wracam do domu.

Właściwie już czuję się częścią tej społeczności w której obecnie jestem. Mam już pacjentów spośród mieszkańców wsi w której mieszkam i znajomych Ludmiły (jeden przyjechał z Paryża na zabiegi). Pracownicy w La Nougatine mnie rozpoznają - już zauważyli że nie jestem turystką tylko nowym lokalsem. Teraz Nougatine jest w remoncie więc zaprzyjaźniłam się z panem prowadzącym małą restauracyjkę do której wpadam na cafe alonge kiedy jestem w Uzes na targu. Targi w Uzes nigdy chyba nie przestaną mnie zachwycać. Jest tam wszystko co potrzebne jest do życia: świeże lokalne warzywa i owoce, oliwa, ocet winny, wino, orzechy, klasztorne przetwory, różne suszone strączki, a także mydła marsylskie, olejki, przyprawy, itd. W sobotę wzdłuż ulicy ciągnie się rynek ze wszystkim czyli ciuchami, butami, obrusami, wszelkim rękodziełem, itd. Uzes jest miastem dla mnie idealnym. Jest tak małe że można je przejść na piechotę w zapewne 20 minut ale ma wszystko: sklepiki, restauracje, kawiarnie, galerie wszelakie, małe kino, księgarnie, biblioteki, optyków, jeden szpital, szkołę podstawową i liceum a nawet oddział Uniwersytetu Publicznego do którego zapisałam się na język francuski od listopada (niskie opłaty, mała grupa). Pani na uniwersytecie bardzo się ucieszyła że jestem z Polski i życzyła mi powodzenia w osiedleniu się. W ogóle spotkałam jak do tej pory samych miłych ludzi. Jak powiedziałam sąsiadce o moich planach otwarcia centrum zdrowia i że będzie tam pracowało kilkoro moich znajomych z Polski to powiedziała: "Co? Najpierw nalot hydraulików z Polski a teraz nalot akupunkturzystów?!" Ale potem dodała: "I bardzo dobrze bo francuscy hydraulicy są do kitu a akupunkturzystów nie ma za wielu." Giselle jest żoną Rene pastora protestanckiego (oboje na emeryturze) i sami byłi pół życia emigrantami więc nie mają nic przeciwko wędrówce ludów. Mieszkali przez pewien czas na Brooklynie a nawet w domu na kółkach wśród Romów, co wspominają z nostalgią. Wracając do Uzes i naszej wsi oddalonej o 14 km (właśnie kot wskoczył mi na kolana - zaraz będzie o kotach) rejon ten jest typowo wiejski czyli usiany małymi wioskami po kilkanaście domów, wąskimi drogami obsadzonymi platanami, lasami, rzeczkami i winnicami. Jadę sobie tymi dróżkami i się wprost zacieszam tak tu jest pięknie. Oczywiście wszędzie pełno wszelakich zabytków. W niedzielę byłyśmy z Ludmiłą i jej synami w miasteczku rzymskim na wzgórzu Vaison-la-Romaine. Były tam też namioty z jedzeniem do degustacji - fantastyczne jedzonko. Cudowna starówka. W Uzes też jest pałac (obecnie muzeum miejskie), kościół i dużo bardzo starych budynków. W Uzes fajne jest też to, że dookoła osiedliło się wielu ludzi spoza Francji więc towarzystwo jest mieszane. Na sobotnim targu słychać języki z całego świata.

W poniedziałek pojechałam do Arles (kolejne cudne stare miasto przyjaznych rozmiarów) spotkać się z Julitą i jej 7-letnią córeczką Marysią (przeprowadziły się do Arles w sierpniu) a wcześniej pojechałam do St Maries de la Mer - miasteczka na wybrzeżu w rejonie Camargue (według legendy 4 Marie czyli Maria Magdalena, Maria matka Jezusa oraz dwie inne Marie przypłynęły do tego miejsca uciekając przed prześladowaniem po śmierci i zmartchwychwstaniu Jezusa). Nadal jest ciepło (25 C) więc biegaliśmy z pieskami po plaży i było sporo ludzi, również kąpiących się. Było trochę panów z panami i pań z paniami, chodzących w objęciach romantycznych. Bardzo lubię taką atmosferę gdzie każdy może swoje emocje uzewnętrznić i cieszyć się życiem na zewnątrz a nie w ukryciu tylko swojego domu. Było też sporo piesków z którymi Oli i Rafa radośnie się pluskały i przeciągały patyki.

Koty. Są dwie kotki Ludmiły i jeden dochodzący rudy kocur (ten na kolanach) - mój faworyt. Przyszedł bardzo chory kilka miesięcy temu i u Ludmiły się podreperował. Teraz jest zdrowy, tłusty, mocno ofutrzony i sypia najczęsciej na mozaikowym stole na tarasie. Myślę że jest wybitnie mądry. Wymógł szacunek psów ale nie jakimś dzikim rzucaniem się, prychaniem (jak kotki) tylko stoickim spokojem (drga tylko końcówka ogona) i ewentualnie wyciągnięciem łapy z pazurkami od czasu do czasu ale nie tak żeby podrapać. Inne koty są gonione a ten leży rozwalony i psy siedzą naprzeciwko niego i tak sobie leżakują na werandzie. Jak kupię dom to go zabiorę, tego fantastycznego kocura, bo do nikogo nie należy, tylko tak przychodzi na moje kolana i na żarcie to tu to tam. Lubię takie niezależne typy, taki koci mistrz zen który do każdych warunków się przyzwyczai i wygląda na mocno zadowolonego.

Psy. Prowadzą fantastyczny żywot. Teraz towarzyszą chłopcom w budowie szałasu przy winnicy. Myślałam że Rafa jest najdzikszym psem na świecie ale jednak nie. Najdziksza jest suczka sąsiadów Izzy. Jest niezamęczalna tzn. Rafa czasami ucieka przed nią do domu tak jest przez nią wymiętolona. Izzy to poprostu urodzony zapaśnik - nigdy nie ma dość. Jak idę na zbiór szarfranu to przeważnie towarzyszy mi teraz stado: seniorka Tajga leniwie krocząca, dwie psice które latają w kółko jak szalone i Oli który usadawia się w miejscu gdzie ma oko na wszystko - w końcu jest teraz głową tego stada i musi pilnować żeby każdy był na swoim miejscu i nie za daleko od reszty.

Szukamy z Julitą jakiegoś locum na gabinet i ogarniamy kwestie urzędowe. Dalszy ciąg jesieni i zima będą zatem pracowite co mnie bardzo cieszy bo lubię twórcze działania w miejscu, w którym czuję przypływ twórczej energii. Tymczasem pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie.

Sunday, October 26, 2014

Testing

Testing to see if it still works and then there will be news.

Wednesday, April 24, 2013

New Phase


Dear Friends (ponizej tekst po polsku), the phase of silence on my part is coming to an end. I called this period the “monastic phase” (never been to a monastery but created my own within myself). It was the time to contemplate, to study chinese medicine texts, and to gather experience in acupuncture. Now the new period is coming. It will be the time to build, to travel again and to meet new friends and be in touch more with the old ones. I decided already in January to sell all I own in Poland and buy a farm in the south of France. The farm will become a Center for Holistic Medicine, Art and Dance. I will run the center and in the meantime I will travel again and also work as a voluntary acupuncturist in health centers around the world which need this type of service. I haven’t written much on the blog since I left NYC but I will start writing again, letting you know of changes and developments. I hope our paths will cross again in my house in France and during travel and work. Even when I am not in touch I think of you, all my friends met in the World, and can’t wait for us to meet again. Look into my blog (blog is a better form of expression for me): www.asiakabat.blogspot.com. I am changing the profile photo on facebook to remind myself of life in warmth and sun of the Caribbean Islands (after this unusually long winter in Poland), from the board of “Love Me Do” catamaran. Life in the bathingsuit is just plain awsome!! Guys, I feel it in my fingers, feel it in my toes... that the best times are ahead of us!! I am sending you many hugs and love!

Moi drodzy, pare dni temu pogryzl mnie dog argentynski (ratowalam Oliego przed zagryzieniem) i teraz leze z noga w gorze i czekam az mi się wygoi. Nie przepadam za takim stanem wymuszonego bezruchu ale skoro już nastąpił to musze go wykorzystac na jakies jednak tworcze dzialania. Najpierw obejrzałam sobie zdjęcia z moich podrozy żeby naładować się energia tamtych cudownych miejsc, ludzi i zdarzen, potem posłuchałam dobrej muzy, posłuchałam ptakow w ogrodzie i budzącej się wiosny. I doszlam do wniosku ze konczy się wlasnie pewien etap, jak go nazywalam „etap monastyczny” czyli czas ciszy, kontemplacji, czytania tekstow medycznych, zdobywania doświadczenia w robieniu akupunkturowych zabiegow. Były co prawda w tym czasie wyprawy do Azji, Azji Południowo-Wschodniej i Afryki, ale ta moja wewnetrzna cisza objawila się tym, ze prawie nic od ponad czterech lat nie napisałam na moim blogu. Teraz mocno czuje to w kościach ze ten etap się konczy i jak tylko stane na obie nogi rownoczenie, zacznie się ponownie etap zmian, budowania, podrozy, zawierania nowych znajomosci i odnawiania starych. Już w styczniu postanowiłam ze sprzedaje wszystko co mam w Polsce i za to kupuje gospodarstwo na południu Francji. Zamierzam zrobic tam Centrum Medycyny Holistycznej, Sztuki i Tanca. (Marta Cypcar – chirurg opiekun tez się nam przyda). Pomoga mi w tym moi nowi znajomi, poznani we Francji pod koniec zeszłego roku. Tak wiec baza będzie we Francji a w tzw. międzyczasie będę dalej podróżowała ale także jako akupunkturzysta wolontariusz, pracując w centrach które oferuja bezplatna pomoc medyczna albo w centrach które promuja naturalna medycyne jak np. kliniki współtworzone przez Karen i Indian Sarayaku w Ekwadorze. Mam nadzieje ze nasze drogi przetna się w moim centrum i w podrozach, jak to się już wczesniej zdarzalo. Tak wiec zapraszam was do mojego bloga (www.asiakabat.blogspot.com) na którym będę donosila o rozwoju wypadkow. Facebook to dla mnie raczej skrzynka kontaktowa. Wole pisac rzadziej a dłużej ;). Blog jest dla mnie lepsza forma do przekazania moich mysli. Oglądając zdjęcia z podrozy natrafilam na zdjecie zza kola sterowego katamaranu „Love Me Do” („Love me do” to the base, over) gdzies w okolicach Santa Lucii i zamieszczam je na profilu żeby sobie przypomniec, po tej dlugiej i mroznej zimie, jak cudowne jest cieplo, slonce i wiatr Karaibow, i zycie w kostiumie kąpielowym (mam ich ze 20 z tamtego okresu;). Trzeba się tam ponownie wybrac! Tymczasem pozdrawiam was i sciskam moooocno.


Tuesday, July 13, 2010

In the Land of Smiles again

Well, I am in South East Asia again and can't access my o2 account so for the time being please write to the hotmail account: asiakabat@hotmail.com. I will write more, finally, as soon as I get some wireless connection - this time I've got my own computer so hopefully will be able to write about this interesting land. Ciao for now, many hugs to everyone.

Saturday, January 23, 2010

Laos - the Land of Smiles

That's how Laos advertises itself and that's true - people are very friendly and easygoing and smile a lot, naturally, genuinely, from the heart. I have been travelling in Laos for two weeks and it was a beautiful journey. The internet places are scarce here and the connection is slow in many places so I will write about this fascinating land soon and until now just sending you greetings from Laos and many hugs.

Saturday, January 02, 2010

Croatia and China

Dear Friends,

Happy New Year!

I am sorry I haven't been in touch for so long. I hope to write about my latest adventures soon. In October I went to Croatia with Patrycja for a week and I have been in China since 24 of October. The main reason for this trip was to do clinical practice in acupuncture in a hospital of Traditional Chinese Medicine, which I did, and I am very glad - I learned a lot in terms of practice. I followed different doctors and was exposed to many patients and many different conditions. I did the training at the International Acupuncture Training Center, affiliated to WHO and the Beijing University of TCM. I worked at the hospital from 8:30 to 12 or 1 pm depending on the amount of patients which came for treatment. I worked at different clinics, the general clinic, VIP clinic, neurology clinic and my favourite - dr Zhou's clinic. Even though they have different names they do accept patients with all kinds of conditions to be treated, maybe the neurology clinic had more patients with conditions involving strokes, paralisis (like Bell's Palsy), spasms of all kinds and other conditions involving the nervous system (according to Western medicine diagnosis). I learned most from dr Zhou who is a wonderful person, doctor and teacher. She was a Western medical doctor first and then got fascinated with traditional chinese medicine and studied acupuncture. Patients from around China and the world come to see her. I finished the practice and stayed a little longer in Beijing with my friends Monika and Marek, and with new friends I made there, fellow students Issak (from Korea) and Alexandra (from inner Mongolia), and also friends I made in the Polish embassy. I spent Christmas with all these wonderful people and after Christmas I left Beijing to travel. I first went to Guilin and greeted New Year there and then today I came to Kunming. Tonight, at 11 pm, I will be going to the old city of Dali which is further north in the Yunnan province. Here's the jist of my whareabouts. The more detailed description of places I've seen and visited will come soon. In the meantime many hugs to all of you friends and readers of my blog, and many kisses.

P.S. I have no access to my blog. Like four years ago blogs and youtube are blocked here so I am sending this message to Marcin who will post it for me on my blog. If I come across some internet place with fast internet connection, I will write again, and if not, then I will write from Laos which I plan to go to next.