Tuesday, April 14, 2015

Zwierciadło

W zeszłym roku kupiłam sobie wrześniowy i październikowy numer czasopisma "Zwierciadło". A w styczniu jeszcze jeden. Nie miałam czasu na czytanie a teraz wpadły mi w ręce czasopisma i zaczęłam sobie czytać przy kawie na moim małym tarasie (podczas gdy psy szaleją w ogródku i biegają dookoła drzewa oliwnego). I stwierdzam że "Zwierciadło" jest super! Wszystkie artkuły są ciekawe, o ciekawych ludziach, o miejscach, o emocjach, przeżyciach, trochę mody, trochę urody, zdrowia, itd. Przeczytałam tam m.in. o pięciu fantastycznych kobietach, jednej urodzonej przed pierwszą wojną światową, drugiej urodzonej przed drugą wojną, trzeciej urodzonej po drugiej wojnie, dwóch współczesnych, że tak się wyrażę. Pierwsza to Gertrude Bell, jak mówi pismo, "poliglotka, archeolożka, agentka brytyjskiego wywiadu, kobieta, która stworzyła podwaliny państwa Irak" i która w "męskim, jeśli nie szowinistycznym społeczeństwie arabskim osiągnęła pozycję, która byłaby niemożliwa dla kobiety w jej rodzinnej Anglii". Druga to Maria Papa Rostkowska, rzeźbiarka, która wyemigrowała w latach 50tych do Paryża aby tam odnaleźć swoją pasję do rzeźby, i odnaleźć siebie między Paryżem i Pietrasanta we Włoszech gdzie miała również dom i pracownię. Trzecia - Gosia Dobrowolska, która "32 lata temu wyemigrowała do Australii. Z jedną walizką, w ciąży, bez znajomości języka." "W kieszeni 98 dolarów". Jest dzisiaj uznaną aktorką, wykłada na wydziale
reżyserskim szkoły w Sydney. Czwarta to Monika Lenczewska, operator filmowy, "realizuje zdjęcia do filmów nagradzanych na całym świecie". Mieszka w Los Angeles. Kupiła bilet do NY i wyjechała "by coś zmienić i spełnić swoje marzenie - dostać się do zagranicznej szkoły filmowej". Piąta - Izabela Stachowicz. Mieszka w Wenezueli i jest doktorantką w Instituto Venezolano de Investigaciones Cientificas. Łapie motyle w puszczy i poszukuje nieznanych wcześniej gatunków. Fascynujące są losy tych kobiet. Każda z nich czuła że chce coś zrobić, chce zrobić więcej niż ma, zrealizować pasje, wyjść poza znajomą rzeczywistość gdzie, jak mówi Monika Lenczewska, jest "więcej bodźców, większa stymulacja artstyczna" dla innych przyrodnicza, kulturowa, socjologiczna, itd. Dla niektórych wyjazd nie był łatwy, jak dla Marii Rostkowskiej czy Gosi Dobrowolskiej. Wyjazd był w jedną stronę, zabierano paszporty, w przypadku Gosi Dobrowolskiej trzeba było przejść przez obóz przejściowy (8 miesięcy). Współczesne kobiety mają łatwiej: wystarczy kupić bilet lotniczy, postarać się o grant, znaleźć sobie pracę gdziekolwiek, pochodzić jako wolny słuchacz na wykłady, złożyć podanie na uczelnię, język obcy najczęściej też już był w szkole. Niezależnie od czasów realizacja marzeń wiąże się z wysiłkiem wyjścia poza strefę komfortu czyli miejsca gdzie już "coś mamy", jakiś stały grunt: pracę, znajomych, pozycję zawodową i społeczną, zaprzyjaźniony warzywniak i dróżki którymi podążąmy załatwiając zwykłe codzienne sprawy. Kiedy wyjeżdżamy znajdujemy się w innej rzeczywistości i musimy się w niej odnaleźć i ją sobie oswoić. Ale właśnie w tej początkowej pustce wszystko jest możliwe bo trzeba użyć zwiększonej dawki energii żeby wszystko odnaleźć, poznać, dostosować się ale też i czerpać. Do tego dochodzą nowi ludzie, nowe wrażenia, doświadczenia. Włącza się kreatywność. Każdy z moich znajomych w NY przechodził przez ten początek pewnej pustki, niepewności ("co ja tu właściwie robię?"), zwłaszcza jeżeli początki były trudne. Na początku może być zawirowanie, samotność, trzeba często przejść przez różne dziwne prace w dziwnych miejscach. Jednak to nas wszystkich bardzo wzbogaciło. I moich przyjaciół w NY i w świecie, którzy zrealizowali plan "zrobienia czegoś więcej" lub "zrealizowania marzeń", łączy to, że mówią "było warto!" a trudności początkowe nas zachartowały i wzmocniły, teraz wiemy że możemy wszystko, wszędzie i zawsze. Właściwie to czasami nawet wystarczy wyjść z domu albo wyjechać na drugi koniec miasta, albo przeprowadzić się z miasta na wieś lub vice versa, albo 2 tys. km dalej albo 10 tys. km dalej. Te fantastyczne historie kobiet inspirują mnie do tego żeby również realizować mój plan i realizować się we wszystkim co zamierzam. Od lat myślę
też że chciałabym zgłębić wiedzę na temat mórz i oceanów. 10 lat temu chodziłam jako wolny słuchacz na wykłady z oceanografii na Uniwersytecie Columbia w NY. Były fascynujące. Wydaje mi się że w którymś momencie życia wybiorę się na jakiś uniwersytet i sobie postudiuję (ale najpierw zrealizuję plan stworzenia kliniki i szkoły akupunktury we Francji). Moja koleżanka Lonia w NY zaczęła studiować psychologię po 60tce (i otrzymała dyplom ukończenia studiów 13 lat później)
ponieważ marzyła o studiowaniu całe życie ale nie była w stanie wcześniej zrealizować tego marzenia. To też jest osoba która "zrobiła coś więcej" dla radości tworzenia i realizowania marzeń.

W "Zwierciadle" przeczytałam też o szkołach demokratycznych (rewelacja!), o psychologii pozytywnej o której mówi Christophe Andre (to chyba pierwszy rodzaj psychologii który mi się podoba bo głosi ideę nie narzekania i nie babrania się w przeszłości oraz obwiniania mamy, taty, babci, cioci, szkoły, systemu, kraju, świata, itd., o to że nam w życiu nie wychodzi, tylko koncentracji na "tu i teraz", pozytywnych aspektach naszego żywota, optymizmie oraz naszej wewnętrznej
przemianie), o rudawkach okularowych i wolontariuszach którzy się nimi opiekują, o tym czym jest biowładza (fantastyczne rozmowy z prof. Zbigniewem Mikołejko), o obronie koniecznej czyli manipulacji i jak jej nie ulec, a także o bezpiecznym lądowaniu czyli o tym, jak ważne są okoliczności przyjścia dzieci na świat (temat ten zamierzam w mojej klinice rozwijać bo to się bardzo pokrywa z daoistyczną teorią medyczną). I to tylko w trzech numerach tego pisma! Będę musiała poprosić redakcję o przesłanie jakichś egzemplarzy archiwalnych i zaprenumeruję też pismo bo jest naprawdę ciekawe.

A poza tym wiosna w pełni. Na targu pełno świeżych warzyw z gruntu. Objadam się szpinakiem i szparagami - chyba nigdy nie smakowały mi tak bardzo jak tutaj. Robię więc wiosenne oczyszczanie zupami warzywnymi i warzywami lekko sparzonymi na parze.

Dzisiaj też przyjeżdżają moje rzeczy z Polski więc będę mogła urządzić trochę mój tymczasowy domek i zaprosić znajomych na obiad lub kolację bo będzie trochę przytulniej jak porozwieszam moje obrazy i porozkładam poduszki. Właściwie to lubię ten minimalizm ostatnich kilku miesięcy czyli kilka garnków, łóżko, stół w kuchni i krzesła, miotła, kosz na śmieci. Jest czas na wszystko, i na minimalizm i na trochę luksusiku posiadania ładnych sprzętów. Oprawiłam też przepięknie (z pomocą Richarda która ma oko do takich rzeczy) miedzioryty pana Półtoraka. W przyszłym tygodniu będziemy je wieszać w gabinecie. W maju będzie otwarcie mojego gabinetu tzn. będę już w nim przyjmowała pacjentów bo do tej pory częściej jeździłam do nich.

Ps. Napisałam ten tekścik w sobotę ale zamieszczam go dopiero dzisiaj bo nie mam jeszcze internetu i wklejam na bloga kiedy jestem u Ludmiły. Transport moich rzeczy dojechał szczęśliwie (aczkolwiek nie bez przygód), nic się nie potłukło ani nie obdarło. Jest super. Pozawieszałam obrazy, porozkładałam poduszki, oblekłam kołdrę moją ulubioną poszewką i zacieszam się! Przemek, kierowca który wiózł moje rzeczy, został u mnie w niedzielę dla odpoczynku i załapał się na piknik nad wodospadem, który odbyliśmy z Ludmiłą i Markiem oraz jego rodziną. Woda jest w tym miejscu lodowata ale niektórzy, oraz psy oczywiście, zażyli kąpieli, tak więc sezon kąpielowy został otwarty.


Sunday, April 05, 2015

Czas okołoświąteczny

W zeszłą sobotę pojechaliśmy z Richardem o 6:30 rano do St. Ambroix na wielki targ staroci. Były to faktycznie starocie czyli jakieś mocno sfatygowane sprzęty powyciągane ze zmurszałych strychów walących się domów, zapewne. Nie były to w każdym razie antyki którymi Richard jest zainteresowany i ja też nic tam dla siebie nie znalazłam. Za to miasteczko, które odwiedziłam już dwa lata temu, jest dla mnie ciekawym obiektem do ponownego zwiedzenia bo wygląda jakby zatrzymało się w czasie lat, powiedzmy, 50-tych. Jest takie kompletnie nieturystyczne. Bar do którego weszliśmy na kawę był odjechany, muszę użyć tego słowa. Sufit spowity udrapowanym prześcieradłem, pełno jakichś zakamarków na jeden stolik, parawanów, wazonów z suchymi kwiatami. Miasteczko jest bardzo żywe ale z drugiej strony panuje tam taka swoista degrengolada. Interesujące są takie miasta w których człowiek raczej nie chciałby mieszkać ale docenia ich "swoistość". Uzes jest miasteczkiem wypasionym i komfortowym bo ściąga do siebie ludzi z całego świata, przyzwyczajonych do dużej różnorodności i luksusów, a zatem oferta jest tam bardzo bogata i dla turystów i dla tubylców. St. Ambroix to górskie miasteczko do którego zjeżdżają ludzie z okolicznych wsi, które nadal są prawdziwymi wsiami i w których ludzie rzeczywiście mieszkają cały rok. Dla nich wystrój lokalu nie jest szczególnie istotny - ważne jest to żeby było miejsce do spotkań. Kawa może być podana w wyszczerbionym kubku i nikt nie zgłosi pretensji. Fajne są takie bezpretensjonalne miasteczka. Aczkolwiek luksusy i ładne kompletne filiżanki też lubię. Po targu w St. Ambroix pojechaliśmy do Sommieres a stamtąd sama już pojechałam z psami na plażę l'Espiguette. Jest to fantastyczna szeroka i długa plaża z latarnią morską i wydmami. Leży na terenie parku narodowego Camargue tworzącego deltę Rodanu. Jeździłam tam zimą i wiały wtedy straszne wiatry. Teraz nie wieje ale są za to roje muszek, które atakują, gryzą, wchodzą do nosa, oczu, uszu. Okropne. Nad samą wodą jest ok bo zawsze wieje lekki wiaterek ale zaraz za wydmami napadają na człowieka i psa te wampiry. Do plaży musieliśmy dojść 2 km bo remontują drogę dojazdową i biegliśmy truchtem żeby się od tych stworzeń uwolnić. Pamiętam że w jakimś przewodniku przeczytałam że jakkolwiek Camargue to ciekawy rejon (zwłaszcza dla obserwatorów ptaków bo jest ich tu pełno, również flamingów) to nie nadaje się do zwiedzania bo jesienią i zimą wieje silny wiatr, a wiosną i latem atakują meszki. I jest tak w istocie! Sprawdziłam na własnej skórze.

Święta Wielkanocne we Francji to czas na wyjście z domu i wybranie się na liczne festyny organizowane przez merostwa i niezależne grupy. Na jutro i pojutrze zorganizowano dużo imprez z których mogą korzystać dorośli i dzieci. Dla dzieci jest szukanie jajek ukrytych wcześniej przez dorosłych. Potem są pikniki, gra w bule dla seniorów, poczęstunki wszelkich dań i napojów. Odbywają się też znowu targi staroci i przeróżnego rzemiosła. W poniedziałek jedziemy z Richardem (o 5:30 rano, mamma mia) na targ do Blauzac, a potem do Uzes na festyn garncarzy i florystów. Wszystko dzieje się na powietrzu i widać że ludzie lubią przebywać razem wśród rodzin, znajomych i nieznajomych. Wystawiający swoje towary to pasjonaci którzy utrzymują się ze swoich produktów i swojego rzemiosła, ale widać że cieszy ich ta działalność i naprawdę mają frajdę z rozmów z klientami i bezpośredniego z nimi kontaktu. Było to widać dzisiaj na targu w Uzes. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam w Uzes tylu ludzi. Sezon turystyczny już się zaczął. Drogami zaczęły jeździć kampery, sznurkami. Na wjeździe do Uzes był korek! I to nie złożony ze stada owiec, co się zdarza, tylko z samochodów. Narzekałam na ciszę, a tu teraz taki zgiełk. No ale w naszej małej wioseczce go nie będzie bo nic oprócz domów, pół i lasów tutaj nie ma. Jest podobno jedna knajpa w której głównie przesiadują myśliwi po polowaniu ale jeszcze jej nie znalazłam. Może to jakiś prywatny klub dla wtajemniczonych i otwierają na hasło?

Wczoraj byłam w Arles, mieście w którym znakomicie zachowały się budowle rzymskie takie jak amfiteatr, arena oraz łuk tryumfalny. Od 3-6 kwietnia odbywa się tam Feria czyli walki byków w tejże arenie. Podobno walka jest do pierwszej krwi a potem... przylatuje helikopter i zabiera poszkodowanego, byka lub torreadora, do najbliższego szpitala. No, tak dobrze to na pewno nie ma. Nie wiem jak to dokładnie jest z tymi bykami i nie dopytuję się żeby się nie denerwować. Pojechałam tam rano żeby pochodzić po mieście (walki odbywają się po południu) bo oprócz wydarzeń na arenie zorganizowano inne atrakcje i miasto również mocno ożyło w tym czasie. Z Arles jest żabi skok do St. Maries de la Mer więc pojechaliśmy na plaże ale tu znów wygoniły nas komary tym razem więc nie zabawiliśmy długo. Było duszno i gorąco (to też Camargue czyli teren zalewowy na którym czerpie się sól morską albo sadzi ryż), ludzie siedzieli w kostiumach kąpielowych na plaży (musieli być czymś spryskani, spryciarze). Jak już wróciliśmy na nasze plateau, w nasze góry, zrobiło się świeżo i rześko. Odetchnęliśmy z ulgą. Powietrze mamy tutaj cudowne, pachnące żywicą pinii. I rzeczywiście niebo jest tutaj niezwykłe. Gdybym miała talent malarski, zajęłabym się malowaniem nieba i chmur. Formacje chmur i kolory przy wschodzie i szczególnie zachodzie są zdumiewające. Ponieważ codziennie chodzimy na długie spacery o wschodzie i zachodzie słońca mamy codziennie spektakl chmurny. Impresjoniści faktycznie musieli być tym światłem zachwyceni.

Saturday, April 04, 2015

Świąteczne życzenia

Moi drodzy, życzę wam cudownych Świąt Wielkanocnych, tego żeby jutrzejszy dzień był przypomnieniem, że każdy dzień może być waszym małym prywatnym zmartwychwstaniem do tego, co ten nowy dzień przyniesie, bo może to być coś co was wzbogaci, zachwyci, uszczęśliwi. Tego wam życzy wasza podróżniczka, która każdy dzień swojego życia wita śpiewając "Alleluja! Obudziłam się i mam kolejny fantastyczny dzień przed sobą!"

Pozdrawiam i ściskam!

Wkrótce cd uzeskich przygód.


Saturday, March 21, 2015

Staroci cd

W zeszłą sobotę pojechaliśmy z kolei z Richardem i Jitką (właścicielką Domaine D'Audabiac, o czym wspominałam wcześniej) na targi staroci do Villeneuve les Avignon i stałam się posiadaczką dość starego (z wyglądu) stołu kuchennego oraz łóżka do masażu, a także trzech starych krzeseł z wyplatanym siedziskiem i dzbanka do herbaty (dzbanki do kawy i herbaty to moja słabość). Stół ma białe toczone nogi (obecnie mocno odrapane) i blat z surowego drewna (dość sfatygowany, ale uroczo) który jeszcze muszę pociągnąć wybielaczem żeby nabrał koloru szarego, jakby leżał długo w wodzie albo był wysmagany wiatrem i deszczem. Pod okiem Richarda dojdę do takiego koloru. Zakupiłam również preparat do, niestety, uśmiercania korników w łóżku do masażu (cóż, nie mogę dopuścić do tego żeby go zjadły a po dobroci nie chcą opuścić miejscówki... jeszcze kilka dni mają na wyprowadzkę...). Łóżko do masażu wygląda jakby przyjechało prosto z Indochin (a może służyło jako leżanka w jakiejś palarni opium w Chinach). Ma miedziane końcówki na nogach i jest tak ładnie ciemnobrązowe. Richard się zachwycił, ja również. Jitka była sceptycznie nastawiona bo ma 1,80 wzrostu i trochę jej nogi wystawały jak się na nim położyła. No ale, w przyszłości mogę je wykorzystać do dekoracji w mojej klinice a teraz będę kładła na nim niższych pacjentów, a wyższych na łóżku nowoczesnym. Richard i Jitka też zakupili różne rzeczy, wszystko upchnęliśmy do samochodu Richarda i przed wyjazdem wpadliśmy do lokalnego bistro na kawkę. Potem oni pojechali już w stronę domu, a ja jeszcze wpadłam do zaprzyjaźnionego sklepu ze starociami i kupiłam jeszcze dwa świeczniki, ojojoj. A potem jeszcze wyruszyliśmy na spacer wzdłuż rzeki, z widokiem na Avignon i mury okalające Pałac Papieski. Wieczorem w wiosce niedaleko Uzes był festiwal tańca -tango. Psy nieprzytomne ze zmęczenia zostały w domu a ja sobie skoczyłam na fajną końcówkę tego ciekawego dnia.

Dzisiaj z kolei pojechałam na wycieczkę do Montpellier. Poszwędaliśmy się z pieskami po starym mieście. Mżył deszczyk ale ludzi było sporo. Widać ze Montpellier to takie żywe miasto w którym dużo się dzieje. Ludzie wyglądali na zadowolonych i zrelaksowanych sobotnio. Zahaczyliśmy jeszcze o plażę. Pieski pobiegały za patykami i poryły w piasku. Rafa chyba wreszcie załapała że rycie jest dozwolone na plaży ale nie w ogrodzie. Zastanawiam się czy nie zmienić jej imienia na Lola. Czasami jadąc samochodem słucham jednej ze "Sjest" i jest tam taka piosenka "Mi ninha Lola" i jak leci to Rafa się bardzo ożywia i merda ogonem. Zaczełam do niej mówić mi ninha lola i regauje radośnie. Czasami nie chce czegoś zrobić jak proszę Rafę, a jak proszę Lolę to chętnie. Może więc w końcu przejdziemy na Lolę i Lola będzie bardzo grzeczną dziewczynką (niedawno znowu mnie pociągnęła i padając zbiłam sobie łokieć i kolano, grrr). Jej instynkty psa stróżującego przydały się w końcu. W okolicy Uzes okradziono ostatnio wiele domów (głównie tych, których właściciele przyjeżdżają tylko na wakacje). Ja również słyszałam jakieś podejrzane głosy któregoś dnia, Rafa wściekle rzucała się na bramę od ogrodu, a potem usłyszałam mężczyzn mówiących do siebie "tu są psy". I poszli sobie. Jakby się do nas włamali to pewnie by ich pusty śmiech zebrał ale niefajnie jest wiedzieć że ktoś obcy był bez zaproszenia. A jakby zabrali miód z pasieki pana Andrzejewskiego, który przyjechał ze mną z Poznania, to już byłaby potwarz. No więc dobrze że Lola pilnuje. Wyjaśniłam to już sąsiadom że jak szczeka to znaczy że coś się dzieje, ale w związku z tym mogą spać spokojnie bo nikt nam nieproszony nie wejdzie. Zaczęliśmy też zamykać drzwi u Ludmiły w domu. Do tej pory zawsze były otwarte. No cóż, pewnie i na tej tutaj bardzo spokojnej wsi zdarzają się ekscesy. Ludmiła pojechała z chłopcami na weekendowy narciarski zlot strażaków w Alpy a my doglądamy Tajgi i dzisiaj i jutro będziemy z nią nocować.

Dobranoc!

Monday, March 09, 2015

Sobota w Chateau

W sobotę wybrałam się z moim kolegą Richardem na rynek do Sommieres. Richard jest architektem wnętrz i jeździ po wszystkich rynkach na których są starocie. Chciałam kupić sobie stół do jadalni więc wybrałam się z nim na poszukiwania. Ja nie znalazłam stołu za to Richard wyszperał przepiękne lustro w stylu kolonialnym. Było tak zakurzone tłustym kurzem że dopiero po dokładnym przyjrzeniu się widać urodę tego przedmiotu. Jest drewniane i bardzo spatynowiałe, złocone. Za ramę wciśnięte były trzy pocztówki z Bangkoku z pozdrowieniami z 1910 roku. Wyglądały jak by tam tkwiły od tego czasu. To mi nasunęło pewną myśl, że może kupię sobie kawałek ziemi i zbuduję domek w stylu kolonialnym a meble przywiozę z Indonezji. Pomysł jest fajny. Pomyślałam że może Richard da się zaciągnąć na wycieczkę do Azji Południowo-Wshodniej na szperanie po sklepach ze starociami. Po szperactwie poszliśmy na główny placyk miasteczka (które słynne jest i z tego że mieszkał tam Gerald Durrell i dlatego że je czasami zalewa jak rzeka wystąpi z brzegów) i zasiedliśmy z Richardem i jego znajomymi na ławkach przed restauracją w której serwuje się małże a resztę przynosi się samemu czyli chleby, sery, garmażerka, pasztety, itd. Do tego jest wino oraz na deser libańskie desery upieczone przez mamę właściciela Libańczyka a także kawa. Słońce grzało, ludzie siedzący obok nas przy długich ławach częstowali się wzajemnie swoimi specjałami. Zabrałam psy bo mam teraz taktykę zabierania Rafy w miejsca bardzo gwarne żeby przestała obszczekiwać ludzi i uznała ich za element krajobrazu. Oli, jako dobrze wychowany kawaler, światowiec i dżentelmen zachowywał się znakomicie. Rafa też już się temperuje i nabiera kultury. Pozwalała się głaskać, grzecznie siedziała pod stołem bez zawodzenia, po nikim nie skakała. Może już wreszcie dorośleje. Dostała nawet w nagrodę kawałek sera od państwa siedzących obok. Po paru podrzuceniach nosem, zjadła. Spełniło się moje marzenie jedzenia delikatesów. Raz lub dwa razy w tygodniu jeżdżę na rynek i tam obkupuję się w lokalne warzywa i wszelakie smakołyki jak również sery kozie lub owcze niepasteryzowane. Za takie sery na rynku Bernardyńskim życzono sobie 100 zł za kg czyli 25 euro. A tutaj płacę po 1-2 euro za sztukę jak kupuję bezpośrednio od rolnika albo trochę więcej na rynku. Jak chcę zaszaleć to próbuję ser za 5-12 euro za kg ale nie jestem jeszcze koneserem (i jadam w bardzo małych ilościach bo to jednak flegma jakby nie było) zatem każdy mi smakuje. Jestem zachwycona tą wszelaką różnorodnością i przystępnością, również owoców suszonych i oliwek.

Po tej wyśmienitej uczcie pojechaliśmy z Richardem do Chateau w St. Victor des Oules (6 km od Uzes) który kupili Australijczycy a Richard go odnawia i dekoruje. Richard wraz z panem kamieniarzem dłubali w łazience: zakładali na marmurową lwią nogę marmurową umywalkę i takież lustro. Myślę że wcześniej ta noga musiała stać gdzieś w pałacu Cezara albo Tyberiusza. A ja robiłam im i sobie co jakiś czas kawę lub herbatę i zwiedzałam pałac i przyległości. Pałac był kiedyś hotelem. Najwyższe piętro składa się więc z koszmarnych pokoi hotelowych (straszny kicz) które Richard przerobi na piękne pokoje i przywróci ich dawną świetność. Już przywrócił na parterze pałacu. Parter składa się z hotelowej kuchni więc głównie jest tam stal i kuchenne sprzęty. Nowi właściciele nie należą jednak do tych którzy sami sobie gotują więc będzie dla nich jak znalazł. Potem jest jadalnia i wszelakie pokoje i pokoiki z wieloma krzesłami, kanapami (jest ich tam kilkanaście), fotelami, konsolami, stołąmi, itd. Przechadzałam się po tych pokojach podziwiając różnego rodzaju posadzki, sklepienia, antyki, oświetlenie, freski. Do tego jest ogród, obecnie w przebudowie i aranżacji, a także basen, sadzawka z fontanną i rzeczka. Psy miały tam używanie - do wieczora bawiły się z Hermine, suczką Richarda w typie francuskiego Briarda. Rafa kilka razy wykąpała się w sadzawce i rzeczce, jak zwykle skorzystała z każdej możliwości popływania. W namiocie, służącym kiedyś do organizacji ślubów, stoją 4 samochody właścicieli: 3 Mercedesy (sportowy, półciężarówka i sedan) oraz Golf (pewnie dla kucharza, niani, fryzjerki i garderobianej). Państwo przyjeżdżają do pałacu w sierpniu i w sierpniu korzystają z tych samochodów. Pod Paryżem mają drugie Chateau, gdzie też pewnie są 4 samochody w pogotowiu. Pałac jest ogrzewany przez pół roku żeby nie zbutwiał. Poza tym że pałac kosztował 2 mln euro i pewnie drugie tyle pójdzie na renowację i umeblowanie (stół do jadalni to 13 tys. euro, i tle chyba każda z kanap), to nie mogę sobie wyobrazić kosztów eksploatacji tego przybytku. Fajnie tam było sobie poprzebywać (chociaż najbardziej ze wszystkiego podobała mi się oranżeria i to w oranżerii mogłąbym zamieszkać na przykład), pochodzić po ogrodzie, pobawić się z psami. Jednakże z radością wróciłam do mojego mieszkania, pustego poza 3 łóżkami (moim, Olego i Rafy). Jestem jednak typem który chętnie sobie przepych obejrzy ale lubi dla siebie skromniejsze wnętrze, i skromniejsze życie. Myślę że styl japoński bardziej by mi odpowiadał. Stąd pomyślałam o stylu kolonialnym który raczej przepychem też się nie wyróżniał.

Wracam do różnych zajęć. Pozdrawiam i ściskam.

Thursday, March 05, 2015

Mistral, Czekolada i Cyrk

Sprawa ze starymi domami ma się tak na południu Francji że nie są na ogół przystosowane do zimowych miesięcy. W ciągu dnia jest przeważnie kilkanaście stopni. W nocy temperatura spada do kilku stopni, czasami do zera. Taki stary kamienny dom jest więc wyziębiony jeżeli się go nie ogrzewa przez cały czas (a przeważnie się nie ogrzewa bo jest piec albo kominek albo jakaś atrapa grzejników). A do tego te domy mają przeróżne szpary przez które leci zimny i porywisty wiatr Mistral. Moja pierwsza noc w domu który wynajęłam (jest to właściwie część domu, zupełnie oddzielna z małym ogródkiem otoczonym starym murem i z drzewem oliwkowym pośrodku) wyglądała jak noc bohaterki filmu "Pod niebem Toskanii" w czasie burzy - myślałam że odlecę razem z domem w przestworza. Stary dom skrzypi i świszcze, okiennice klekoczą, kubły na śmieci i gałęzie latają po ulicy. Ojojoj. Rano po takiej wichurze czasami jest ciepło i słonecznie a czasami wiatr hula dalej, jak dzisiaj na przykład. Ludzie siedzą w domach i w zamkniętych pomieszczeniach, wszelakie prace remontowe ustają, nawet myśliwi przestają polować. Jedynymi osobnikami niezwykle kochającymi ten wicher jest Oli i Rafa. Jak tylko go poczują natychmiast chcą biec do lasu, a tam dostają takiego wariactwa że aż fajnie na nie patrzeć. Szczególnie Oli tarza się w trawie, biega w kółko, zaczepia Rafę do zabawy (bo w innych przypadkach to ona jest prowodyrką ekscesów), zachowuje się jak szczeniak. No więc taka okutana szalikiem, w czapce i zimowej kurtce szwędam się z nimi po lasach a wiatr przenika mnie do kości. Cóż, mają taką radość że nie mogę im jej odmówić.

Nasza wioska La Brugiere jest urocza. Jest to dla mnie najpiękniejsza wioska w okolicy Uzes. Od czasu obejrzenia filmu "Czekolada" chciałam przeżyć przygodę mieszkania w takiej małej starej wioseczce otoczonej lasami. Wioska leży u podnóża gór i parku narodowego Cevennes więc mamy tuż za domem setki kilometrów w zasadzie dzikiej przyrody. W wiosce mieszka kilkanaście osób, jest kilka gospodarstw (m.in. zaprzyjaźniona pani która uprawia rośliny dla olejków eterycznych i sprzedaje je na lokalnych rynkach). Następne kilkanaście domów, m.in. Chateau które jest na przeciwko mojego domu, to domy wakacyjne i o tej porze roku są zamknięte na głucho. Mieszkańcy pojawią się wiosną i latem, kiedy przestanie wiać wicher. W budynku merostwa pracuje kilka osób, są dwa małe parczki. Na jednym z nich rozłożył się na parę dni cyrk. Przyjechało kilka wozów, rozbili namiot, po wsi krążył samochód i pan przez głośnik obwieszczał że wieczorem będzie "spectacle". Obok namiotu pasły się lamy i kozy. Poczułąm się jakbym była w średniowieczu. Potem cyrk się spakował i odjechał do dalszych małych wiosek w górach. Wrócił spokój i cisza. Cudownie tu jest. Okolica piękna. Winnice, lasy, małe urocze miasteczka. Jednakże, czy ja się nadaję na taką ilość spokoju? No właśnie. Zastanawiam się. Będę w tym uroczym rejonie do końca jesieni. A potem zapewne pojadę dalej na dalsze zwiedzanie Francji. Nie jestem przekonana że chcę być tak daleko od różnych wielkomiejskich rozrywek. Jestem takim typem który chce mieć wszystko ("I want all of it!" skąd ten cytat, nie pamiętam) i spokój i gwar, i dziką przyrodę i kulturę wielkiego miasta, itd. itd. Muszę pewnie znaleźć takie miejsce w którym to wszystko będzie, tak żebym mogła z tego korzystać bo ja naprawdę korzystam! Codziennie robię mnóstwo ciekawych rzeczy, z marszu idę do kina, przechodzę gdzieś obok czegoś i zaraz chcę to zwiedzić. No tak, więc moje poszukiwania miejsca trwają i przynoszą mi dużo radości. Francja to piękny kraj, niezwykle bogaty we wszystko, więc z czasem znajdę to miejsce. Przyszedł mi do głowy plan zwiedzenia Montpellier i Paryża. Zrealizuję go. We wczesnej młodości Paryż i okolice (Reims, Orlean) mnie zachwyciły. Chciałabym sprawdzić jak będzie teraz, czy równie bardzo będzie mi się tam podobało. Tydzień temu zrobiłąm sobie z psiakmi wycieczkę do Aix-en-Provence, Tulonu, Hyeres, Bormes-les-Mimosas, Le Lavandou i St Tropez. Najbardziej podoba mi się St Tropez bo to nadal śliczne urocze małe miasteczko. Pozostałe miasta to beton, beton, beton i skrawki plaży. Czasami zdarzy się ładne miejsce ale rzadko. Podobało mi się też w Menton kiedy tam byłam kilka lat temu. Jednak są to głównie miejsca wakacyjne. O tej porze roku są dosyć wymarłe. Pomyślałam sobie że Cote de Azur musiało być piękne 100 lat temu zanim zaczęto je intensywnie zabudowywać ale w ręce wpadłą mi książka Mniszkówny z 1923 roku (znalazłam ją na placu Wolności w Poznaniu w budce z książkami do wzięcia) zatytułowana "Gehenna" w której panienka Handzia mówi że wybrzeże jest piękne ale architektura za bardzo jednolita. A więc pewnie już wtedy było gęsto. Myślę że bardzo bym chciała pożeglować po Morzu Śródziemnym i poodwiedzać urocze miasteczka zawijając do portów - to będzie najlepsze zwiedzanie wybrzeża. A zamieszkam... może na północy, gdzie przyroda nie jest pustynna ale bardziej soczysta. Zobaczymy co przyniesie ten rok i jakie miejsca.

Napoleon wyzdrowiał i marcuje. Znika na całe dnie, przychodzi tylko szybko wciągnąć jakiś koci pasztet i znowu go nie ma. Oczy mu wyzdrowiały, nosem nie pociąga, nie kicha, wygląda dobrze poza tym że futro ma polepione do niemożności. To będzie jego ostatnie marcowanie bo potem obetniemy mu to i owo, i zostanie ogolony do gołej skóry bo inaczej się nie da. 

I tym pozytywnym akcentem (chociaż pewnie nie dla Napoleona) zakończę na dziś. Pozdrawiam wszystkich czytelników mojego bloga przedwiosennie i Mistralowo!

Sunday, February 15, 2015

Po powrocie

Styczeń spędziłam w Polsce, w różnych miejscach, trochę nad Bałtykiem i w Poznaniu. Musiałam jechać pozałatwiać różne sprawy. Wróciłam tydzień temu. W międzyczasie Julita złamała nogę, zajęłam się nią i Marysią u Ludmiły w domu (u mnie nic jeszcze nie ma w mieszkaniu), w piątek przyjechała po nie Ola starsza córka Julity i w sobotę zabrała je do Polski. Julita będzie miała nogę w gipsie jeszcze przez 6 tygodni a potem czeka ją rehabilitacja, tak więc wróci do Francji jak już będzie całkiem sprawna.

Ja tymczasem zadomawiam się w nowym mieszkaniu, aczkolwiek powoli bo jeszcze doglądam u Ludmiły Napoleona który się rozchorował (koci katar) i wymaga podawania różnych medykamentów. Zaczął już pić więc jest nadzieja że z tego wyjdzie. Od przyszłego tygodnia będę przyjmowała pacjentów na akupunkturę w moim mieszkaniu i w gabinecie znajomej w Uzes, i doniosę o kolejnych przygodach jak się trochę ogarnę po tych wszelakich zawirowaniach. Tymczasem ściskam wszystkich serdecznie z deszczowego dziś Audabiac.