Sunday, June 07, 2015

Zmiana planu

Doszłam do wniosku że jednak podróżowanie z psami w temperaturach powyżej 30 stopni C samochodem bez klimatyzacji byłoby barbarzyństwem. Wczoraj było u nas 37 C. Psy w ciągu dnia siedzą pod krzakami o ogrodzie albo w łazience pod prysznicem - tam jest najchłodniej. Oli nigdy jeszcze nie był tak łysy jak obecnie - zrzucił cały podszerstek i chyba wszystko co mógł. Jest teraz chudziutki. Lola nie ma podszerstka i ogólnie lepiej znosi upały.

Właściwie to mnie tak te upały strasznie nie dokuczają (po pierwszym tygodniu trochę się przyzwyczaiłam). Jest gorąco i sucho (zwłaszcza w nosie) ale lepiej funkcjonować w takiej suszy jednak niż w gorącu i wilgotności (jak np. w Nowym Jorku lub Bangkoku). Chociaż Ludmiła i tubylcy mówią że prawdziwe gorąco dopiero nadchodzi tzn. że w nocy temperatura nie spada. To może być rzeczywiście męczące. Teraz widzę dokładnie powód dla którego domy są tutaj budowane tak że przypominają twierdze (nazywają się rzeczywiście "Bastide"): grube kamienne mury z malutkimi oknami i ciężkimi okiennicami. Faktycznie jak taki dom jest zamknięty okiennicami to trzyma chłód. Zwłaszcza piwnica więc wiele domów ma tzw. letnie kuchnie czyli kuchnie w suterenie lub piwnicy i tam toczy się życie mieszkańców latem. Moi gospodarze mają taką kuchnię i teraz właśnie tam przenieśli gotowanie i jedzenie. Tak więc tubylcy siedzą pozamykani w domach a życie toczy się wieczorem i na wieczór przygotowano pełno wszelakich kulturalnych rozrywek. Korzystają z nich tubylcy którzy nie wyjechali do letnich nadmorskich rezydencji oraz turyści i obsługa turystyczna, a także rolnicy. Moi pacjenci wyjeżdżają na lato w chłodniejsze rejony. Jesienią znowu będą krążyć między Langwedocją i Paryżem a na zimę przeniosą się do Paryża. Takie to tutaj są wędrówki ludów.

Fajne jest to, że poza Carrefourrem (w okolicy nie ma żadnych centrów handlowych, to jest super) nigdzie nie ma klimatyzacji. Poprostu trzeba się dostosować do temperatury i koniec. Właściwie to klimatyzacja w samochodzie jest potrzebna tylko dla piesków. A tak można otworzyć okna i chłodzić się gorącym wiatrem :) oraz upajać zapachem ziół.

Moi gospodarze sprzedają swój dom i przenoszą się do Nimes we wrześniu. Tak więc musiałabym szukać nowego domu. Ponieważ mniej jest pacjentów latem stwierdziłam że ja też wykorzystam moją letnią rezydencję (chociaż jest to 10m2 zabudowań i chaszcze) w lipcu i sierpniu, a we wrześniu przeniosę się do Paryża żeby zeksplorować północ Francji i ocenić czy to północ czy południe jest dla mnie ciekawsza do zamieszkania na stałe. Znalazłam pracę jako nauczyciel angielskego (będę uczyła dzieci) bo zdaję sobie sprawę że Paryż to drogie miasto i zanim sława akupunkturzysty i zielarza się rozniesie ;) muszę mieć jakiś stały dochód. W sierpniu pojadę na przeszkolenie (mają własny program według którego uczą) i poszukać domu na peryferiach. Ze względu na psy musi to być dom z ogródkiem tak jak tutaj - ogródek to święta rzecz. Tak więc jeżeli chcecie mnie odwiedzić w tym cudownym miejscu w którym jeszcze jestem, to zapraszam, a jeżeli nie zdążycie, to wpadnijcie do Wisełki a do Francji w przyszłym roku.

W ostatnim czasie poznałam kilku bardzo interesujących ludzi. Poznałam parę która sprzedaje odzież damską na targu w Uzes, własnego projektu i produkcji. Są to podróżnicy którzy ze swoich podróży przywożą materiały i inspiracje które wykorzystują do tworzenia swojej kolekcji. Mieszkają pod Avinionem. Jak podróżnik trafi na podróżnika to ciężko się rozstać tyle jest do przegadania. Poznałyśmy z Ludmiłą parę z Oakland w Nowej Zelandii (oryginalnie z RPA) która przyjechała do Audabiac w poszukiwaniu domu - zamierzają się osiedlić w okolicy Uzes. Poznałam też Alexię (Belgijka) która mieszka we wsi obok La Bruguiere. Mieszkała w Madrycie a teraz przeniosła się na jakiś czas do domu rodziców którzy obecnie mieszkają w Kongo. Kolejny podróżnik i kolejne rozmowy, również na spacerach z psami bo Alexia ma fajną suczkę Juno. Następna niezwykle ciekawa osoba to Benedictine która prowadzi sklepik ze starociami w wiosce niedaleko Uzes. Wcześniej mieszkała w Niemczech i innych krajach. W tej samej wsi poznałam Matthieu który maluje, robi witraże i wszelakie inne formy artystyczne. I znowu wiele rozmów. Wczoraj nad rzeką poznałyśmy z Ludmiłą fantastyczną grupkę młodych ludzi złożoną z Włochów którzy przyjechali popracować przy zbiorze moreli oraz Brazylijczyków którzy mieszkają i pracują od kilku lat w okolicach Avignonu. Brazylijczycy są zakochani we Francji i niezwykle radośni. Ten ostatni miesiąc był miesiącem wielu spotkań i niezwykle naładował mnie energią. Uwielbiam środowiska emigrancko-expatriacko-podróżnicze. To jest to, co najbardziej lubiłam w NY i czego najbardziej brakowało mi w Poznaniu. Polska to kraj monotematyczny, monoreligijny, monoorientacyjny, jednokolorowy. Oczywiście wszystko ma swoje dobre i złe strony. Dla mnie jednak spotkania z ludźmi z różnych zakątków świata są fascynujące. W sobotę robimy z Ludmiłą kolację i będzie to kolacja multikulturowa bo zaproszeni będą goście wszelakiej maści, pochodzenia, orientacji, itd. czyli będzie tak jak w NY: kolorowo i twórczo. Myślę że w Paryżu będzie podobnie. Już poznałam kilkoro znajomych Ludmiły i Richarda (z Beninu i Tunezji) którzy  mieszkają w Paryżu więc jest to początek kolorowych kolacji. I znowu, tak jak wczoraj, będziemy mówić po angielsku, francusku, hiszpańsku, włosku. Na końcu takiego wieczoru jest tak że zaczynam mówić do kogoś w języku którym akurat ten ktoś nie mówi. W głowie jest potem galimatias.

No i z tego powodu też zatrzymam działkę w Wisełce - można tam będzie urządzać zloty znajomych z całego świata. Jest to dobre miejsce na takie zloty bo jest długa i szeroka niezatłoczona plaża na której można przesiadywać i biesiadować.

Tak więc plan na lato, jesień i zimę jest.

Pozdrawiam wszystkich i ściskam.

Wednesday, June 03, 2015

Wyruszamy

Ponieważ nie pojawił się nikt chętny do opieki nad pieskami to myślę że w tych dniach wyruszymy w trójkę samochodem na północ z namiotem. Zamierzam jechać w kierunku Paryża z postojem w Orleans (oddać hołd mojej słynnej imienniczce i zwiedzić miasto) i dalej przez park narodowy Perche (czy wiecie że koń Perszeron został tam właśnie wyhodowany?) do okolic Paryża. Na północy temperatura waha się w granicach 17-20 C (a tutaj 34 C) więc dla ochłody zrobimy sobie wycieczkę i na rekonesans. Może dotrzemy aż do skalistego wybrzeża Normandii. Gdyby ktoś chciał do nas dołączyć (i podzielić się kosztami przejazdu i noclegów) do zapraszam! Do usłyszenia po powrocie i pozdrawiam wszystkich!

Monday, June 01, 2015

Poszukiwany, poszukiwana

Nie udało mi się znaleźć nikogo do przypilnowania piesków więc moje poszukiwania workaway'owca ciągle trwają, gdybyście słyszeli o kimś chętnym do takiej wymiany lub sami chcieli z niej skorzystać. Moi pacjenci emeryci są zbyt zabiegani żeby zostać z psami ;) Życie na francuskiej wsi jest pełne rozrywek. Tak więc nie ma kto się nimi zaopiekować a nie chcę ich nikomu zostawiać bo Lola, jak to Lola, jest nieprzywidywalna i znowu mogłaby zeżreć komuś kanapę. Więc potrzebny ktoś, kto z nimi zostanie w domu.

Lola od czasu jak została Lolą zmieniła się na lepsze. Jest to nadal pies o dzikich instynktach ale trochę bardziej ucywilizowany. Obecnie, ze względu na upały, wychodzimy na spacery wcześnie rano i późnym wieczorem. W ciągu dnia psy leżakują pod krzakami w ogrodzie a Oli czasami pod prysznicem bo tam najchłodniej i najciemniej.

Pogoda w Langwedocji i Prowansji jest w istocie ciekawa. Tydzień temu przyszła fala zimna i porywistych wiatrów, tak porywistych że musiałam się siłować z furtką żeby ją otworzyć. Na spacery chodziłam w zimowej kurtce i czapce. Przechodziły jakieś małe trąby powietrzne. Odnosiłam wrażenie że na niebie robiły się leje powietrzne które wydawały taki głuchy dudniący odgłos. Oli kiedyś tak się przeraził tego odgłosu że sam ze spaceru wrócił do domu, a byliśmy daleko. Chodziliśmy wtedy skrajami pól i winnic żeby nas jakieś gałęzie nie przygniotły (do lasu w taką pogodę lepiej nie wchodzić). Ludność opowiada że ciężko znosi się taki wiatr i co poniektórzy dziczeją jak długo wieje (pewnie jak przy polskim Halnym). Mnie też po piątym dniu tego wiania zaczęła boleć głowa i nie mogłam zasnąć. Potem skończył się wiatr i zaczął upał. Roślinność straciła swoją wiosenną soczystość, liście i trawa poszarzały i pożółkły. Większość zbóż została skoszona. Coś tam wysiewają ale co urośnie w takiej suszy? Tubylcy mówią że czasami przez cztery miesiące nie spada ani jedna kropla deszczu. Rwące rzeczki powoli wysychają. Zaczyna się czas gorącego pustynnego lata. Już mi zaczęły przychodzić do głowy myśli pojechania nad Bałtyk żeby się schłodzić... Chyba nie sprzedam Wisełki bo może rzeczywiście przyda się rześkie powietrze i zimna woda od czasu do czasu jako przeciwwaga do takiego ukropu jaki tutaj panuje. Chociaż pewnie można się przyzwyczaić. Zaczyna kwitnąć lawenda i oleandry - wszystko cudownie pachnie. Jedziemy samochodem i ten zapach wpada przez okno. To jest akurat cudowne.

W każdym razie rozrywek nie brakuje. Trwa tzw. "Czas czereśni" co oznacza że każda wieś w tym czasie zbioru czereśni organizuje jakieś rozrywki i festyny czyli koncerty, pokazy filmów, teatr uliczny, degustacje (Ludmiła mówi, i ma rację, że we Francji wszystko zaczyna się od jedzenia). Byłam na fantastycznym przedstawieniu mima który przedstawiał dyrektora cyrku i "tresował" zwierzęta (ryk lwa i innych zwierząt wydobywał się z głośników). Dzikie zwierzęta "siedziały" w skrzynkach po pomarańczach imitujących klatki. Nigdy bym nie poszła na taki zwykły cyrk w starym stylu z udziałem dzikim tresowanych zwierząt, ale ten cyrk gdzie aktor był i człowiekiem i zwierzęciem był świetny. Wszyscy dobrze się bawili na tym przedstawieniu, i dzieci i dorośli. Potem rozstawiono stoły i każdy wystawił swój kosz z jedzeniem i nastąpiła uczta. W zamku na przeciwko naszego domu odbywają się pokazy filmów w pomarańczarni (właśnie kwitną kwiaty pomarańczy - wszyscy oglądający są odurzeni tym zapachem). W weekendy jeździmy nad rzekę, albo wielką - rzeka Ardeche (40 km na północ), albo małą niedaleko nas zanim wyschnie. I tak, dosyć leniwie i spokojnie ale jednak twórczo, toczy się życie w tej części świata.

Poza spacerami, przyjmowaniem pacjentów, wizytami na targach warzywnych i żywnościowych oraz lokalnych imprezach kulturalnych nie robimy wiele bo więcej się nie da. Nie objeżdżamy już okolicy bo nie mamy klimatyzacji w samochodzie i dla piesków jest za gorąco.

Myślę że na jesień przeprowadzę się w okolice Paryża żeby zwiedzić północ Francji. Chciałabym zwiedzić rejon Ille-de-Francje, Picardy oraz Normandię. No i właśnie z tego powodu muszę pojechać do Paryża żeby się rozejrzeć za jakimś locum dla nas na jesień i zimę. A potem mogę podjąć decyzję który rejon Francji najbardziej mi się podoba i gdzie chcę zostać na dłużej i założyć moją bazę. Północ jest zimna, deszczowa i pochmurna ale bezwietrzna, południe z kolei suche, słoneczne i wietrzne. Trzeba sprawdzić na własnej skórze jaki klimat jest odpowiedniejszy.

Od kiedy mam internet obejrzałam kilka fajnych filmów które mogę polecić. Moim ulubionym gatunkiem filmowym jest komedia bo uwielbiam się śmiać. Obejrzałam ostatnio "Świętą krowę" która co prawda komedią nie jest (raczej dotyka poważnych tematów), jednak historie jej bohaterów opowiedziano z lekkością i czułością i jest tam kilka scen przezabawnych i ciepłych. Polecam też "Committed" (nie wiem jaki jest polski tytuł) który zaczyna się mało poważnie i komedyjnie a potem robi się coraz poważniejszy i nastrojowy. Fantastyczny film, nastrój i atmosfera to to właśnie, co w tym filmie uwielbiam. No i ostatni: "Leap year" ("Rok przestępny" jak mniemam) który jest tak śmieszny (z gatunku komedii romantycznych) że nadal nie mogę się przestać śmiać (widziałam go przedwczoraj). Film poprostu odjazdowy. Tak więc polecam i do poczytania wkrótce!

Wednesday, May 20, 2015

Poszukiwany workawayowiec

Poszukuję osoby do przypilnowania moich piesków od 28 maja do 2 czerwca (wybieram się do Paryża). Znalazłam taki transport blablacarem: https://www.blablacar.pl/podroz-poznan-vallon-pont-d-arc-144772212

Workaway działa tak że host czyli ja gwarantuje mieszkanie i wyżywienie a dojazd jest na koszt workawayowca. Zostawiam samochód więc jest do dyspozycji i na spacery po lesie z psami. Trzeba z nimi pospacerować po lesie i zapodać im chrupki 2 razy dziennie i to są wszystkie obowiązki.

Gdybyście znali kogoś chętnego to się polecam: asiakabat@o2.pl.

Wkrótce ciąg dalszy langwedocjańskim opowieści z La Bruguiere.

Tuesday, April 14, 2015

Zwierciadło

W zeszłym roku kupiłam sobie wrześniowy i październikowy numer czasopisma "Zwierciadło". A w styczniu jeszcze jeden. Nie miałam czasu na czytanie a teraz wpadły mi w ręce czasopisma i zaczęłam sobie czytać przy kawie na moim małym tarasie (podczas gdy psy szaleją w ogródku i biegają dookoła drzewa oliwnego). I stwierdzam że "Zwierciadło" jest super! Wszystkie artkuły są ciekawe, o ciekawych ludziach, o miejscach, o emocjach, przeżyciach, trochę mody, trochę urody, zdrowia, itd. Przeczytałam tam m.in. o pięciu fantastycznych kobietach, jednej urodzonej przed pierwszą wojną światową, drugiej urodzonej przed drugą wojną, trzeciej urodzonej po drugiej wojnie, dwóch współczesnych, że tak się wyrażę. Pierwsza to Gertrude Bell, jak mówi pismo, "poliglotka, archeolożka, agentka brytyjskiego wywiadu, kobieta, która stworzyła podwaliny państwa Irak" i która w "męskim, jeśli nie szowinistycznym społeczeństwie arabskim osiągnęła pozycję, która byłaby niemożliwa dla kobiety w jej rodzinnej Anglii". Druga to Maria Papa Rostkowska, rzeźbiarka, która wyemigrowała w latach 50tych do Paryża aby tam odnaleźć swoją pasję do rzeźby, i odnaleźć siebie między Paryżem i Pietrasanta we Włoszech gdzie miała również dom i pracownię. Trzecia - Gosia Dobrowolska, która "32 lata temu wyemigrowała do Australii. Z jedną walizką, w ciąży, bez znajomości języka." "W kieszeni 98 dolarów". Jest dzisiaj uznaną aktorką, wykłada na wydziale
reżyserskim szkoły w Sydney. Czwarta to Monika Lenczewska, operator filmowy, "realizuje zdjęcia do filmów nagradzanych na całym świecie". Mieszka w Los Angeles. Kupiła bilet do NY i wyjechała "by coś zmienić i spełnić swoje marzenie - dostać się do zagranicznej szkoły filmowej". Piąta - Izabela Stachowicz. Mieszka w Wenezueli i jest doktorantką w Instituto Venezolano de Investigaciones Cientificas. Łapie motyle w puszczy i poszukuje nieznanych wcześniej gatunków. Fascynujące są losy tych kobiet. Każda z nich czuła że chce coś zrobić, chce zrobić więcej niż ma, zrealizować pasje, wyjść poza znajomą rzeczywistość gdzie, jak mówi Monika Lenczewska, jest "więcej bodźców, większa stymulacja artstyczna" dla innych przyrodnicza, kulturowa, socjologiczna, itd. Dla niektórych wyjazd nie był łatwy, jak dla Marii Rostkowskiej czy Gosi Dobrowolskiej. Wyjazd był w jedną stronę, zabierano paszporty, w przypadku Gosi Dobrowolskiej trzeba było przejść przez obóz przejściowy (8 miesięcy). Współczesne kobiety mają łatwiej: wystarczy kupić bilet lotniczy, postarać się o grant, znaleźć sobie pracę gdziekolwiek, pochodzić jako wolny słuchacz na wykłady, złożyć podanie na uczelnię, język obcy najczęściej też już był w szkole. Niezależnie od czasów realizacja marzeń wiąże się z wysiłkiem wyjścia poza strefę komfortu czyli miejsca gdzie już "coś mamy", jakiś stały grunt: pracę, znajomych, pozycję zawodową i społeczną, zaprzyjaźniony warzywniak i dróżki którymi podążąmy załatwiając zwykłe codzienne sprawy. Kiedy wyjeżdżamy znajdujemy się w innej rzeczywistości i musimy się w niej odnaleźć i ją sobie oswoić. Ale właśnie w tej początkowej pustce wszystko jest możliwe bo trzeba użyć zwiększonej dawki energii żeby wszystko odnaleźć, poznać, dostosować się ale też i czerpać. Do tego dochodzą nowi ludzie, nowe wrażenia, doświadczenia. Włącza się kreatywność. Każdy z moich znajomych w NY przechodził przez ten początek pewnej pustki, niepewności ("co ja tu właściwie robię?"), zwłaszcza jeżeli początki były trudne. Na początku może być zawirowanie, samotność, trzeba często przejść przez różne dziwne prace w dziwnych miejscach. Jednak to nas wszystkich bardzo wzbogaciło. I moich przyjaciół w NY i w świecie, którzy zrealizowali plan "zrobienia czegoś więcej" lub "zrealizowania marzeń", łączy to, że mówią "było warto!" a trudności początkowe nas zachartowały i wzmocniły, teraz wiemy że możemy wszystko, wszędzie i zawsze. Właściwie to czasami nawet wystarczy wyjść z domu albo wyjechać na drugi koniec miasta, albo przeprowadzić się z miasta na wieś lub vice versa, albo 2 tys. km dalej albo 10 tys. km dalej. Te fantastyczne historie kobiet inspirują mnie do tego żeby również realizować mój plan i realizować się we wszystkim co zamierzam. Od lat myślę
też że chciałabym zgłębić wiedzę na temat mórz i oceanów. 10 lat temu chodziłam jako wolny słuchacz na wykłady z oceanografii na Uniwersytecie Columbia w NY. Były fascynujące. Wydaje mi się że w którymś momencie życia wybiorę się na jakiś uniwersytet i sobie postudiuję (ale najpierw zrealizuję plan stworzenia kliniki i szkoły akupunktury we Francji). Moja koleżanka Lonia w NY zaczęła studiować psychologię po 60tce (i otrzymała dyplom ukończenia studiów 13 lat później)
ponieważ marzyła o studiowaniu całe życie ale nie była w stanie wcześniej zrealizować tego marzenia. To też jest osoba która "zrobiła coś więcej" dla radości tworzenia i realizowania marzeń.

W "Zwierciadle" przeczytałam też o szkołach demokratycznych (rewelacja!), o psychologii pozytywnej o której mówi Christophe Andre (to chyba pierwszy rodzaj psychologii który mi się podoba bo głosi ideę nie narzekania i nie babrania się w przeszłości oraz obwiniania mamy, taty, babci, cioci, szkoły, systemu, kraju, świata, itd., o to że nam w życiu nie wychodzi, tylko koncentracji na "tu i teraz", pozytywnych aspektach naszego żywota, optymizmie oraz naszej wewnętrznej
przemianie), o rudawkach okularowych i wolontariuszach którzy się nimi opiekują, o tym czym jest biowładza (fantastyczne rozmowy z prof. Zbigniewem Mikołejko), o obronie koniecznej czyli manipulacji i jak jej nie ulec, a także o bezpiecznym lądowaniu czyli o tym, jak ważne są okoliczności przyjścia dzieci na świat (temat ten zamierzam w mojej klinice rozwijać bo to się bardzo pokrywa z daoistyczną teorią medyczną). I to tylko w trzech numerach tego pisma! Będę musiała poprosić redakcję o przesłanie jakichś egzemplarzy archiwalnych i zaprenumeruję też pismo bo jest naprawdę ciekawe.

A poza tym wiosna w pełni. Na targu pełno świeżych warzyw z gruntu. Objadam się szpinakiem i szparagami - chyba nigdy nie smakowały mi tak bardzo jak tutaj. Robię więc wiosenne oczyszczanie zupami warzywnymi i warzywami lekko sparzonymi na parze.

Dzisiaj też przyjeżdżają moje rzeczy z Polski więc będę mogła urządzić trochę mój tymczasowy domek i zaprosić znajomych na obiad lub kolację bo będzie trochę przytulniej jak porozwieszam moje obrazy i porozkładam poduszki. Właściwie to lubię ten minimalizm ostatnich kilku miesięcy czyli kilka garnków, łóżko, stół w kuchni i krzesła, miotła, kosz na śmieci. Jest czas na wszystko, i na minimalizm i na trochę luksusiku posiadania ładnych sprzętów. Oprawiłam też przepięknie (z pomocą Richarda która ma oko do takich rzeczy) miedzioryty pana Półtoraka. W przyszłym tygodniu będziemy je wieszać w gabinecie. W maju będzie otwarcie mojego gabinetu tzn. będę już w nim przyjmowała pacjentów bo do tej pory częściej jeździłam do nich.

Ps. Napisałam ten tekścik w sobotę ale zamieszczam go dopiero dzisiaj bo nie mam jeszcze internetu i wklejam na bloga kiedy jestem u Ludmiły. Transport moich rzeczy dojechał szczęśliwie (aczkolwiek nie bez przygód), nic się nie potłukło ani nie obdarło. Jest super. Pozawieszałam obrazy, porozkładałam poduszki, oblekłam kołdrę moją ulubioną poszewką i zacieszam się! Przemek, kierowca który wiózł moje rzeczy, został u mnie w niedzielę dla odpoczynku i załapał się na piknik nad wodospadem, który odbyliśmy z Ludmiłą i Markiem oraz jego rodziną. Woda jest w tym miejscu lodowata ale niektórzy, oraz psy oczywiście, zażyli kąpieli, tak więc sezon kąpielowy został otwarty.


Sunday, April 05, 2015

Czas okołoświąteczny

W zeszłą sobotę pojechaliśmy z Richardem o 6:30 rano do St. Ambroix na wielki targ staroci. Były to faktycznie starocie czyli jakieś mocno sfatygowane sprzęty powyciągane ze zmurszałych strychów walących się domów, zapewne. Nie były to w każdym razie antyki którymi Richard jest zainteresowany i ja też nic tam dla siebie nie znalazłam. Za to miasteczko, które odwiedziłam już dwa lata temu, jest dla mnie ciekawym obiektem do ponownego zwiedzenia bo wygląda jakby zatrzymało się w czasie lat, powiedzmy, 50-tych. Jest takie kompletnie nieturystyczne. Bar do którego weszliśmy na kawę był odjechany, muszę użyć tego słowa. Sufit spowity udrapowanym prześcieradłem, pełno jakichś zakamarków na jeden stolik, parawanów, wazonów z suchymi kwiatami. Miasteczko jest bardzo żywe ale z drugiej strony panuje tam taka swoista degrengolada. Interesujące są takie miasta w których człowiek raczej nie chciałby mieszkać ale docenia ich "swoistość". Uzes jest miasteczkiem wypasionym i komfortowym bo ściąga do siebie ludzi z całego świata, przyzwyczajonych do dużej różnorodności i luksusów, a zatem oferta jest tam bardzo bogata i dla turystów i dla tubylców. St. Ambroix to górskie miasteczko do którego zjeżdżają ludzie z okolicznych wsi, które nadal są prawdziwymi wsiami i w których ludzie rzeczywiście mieszkają cały rok. Dla nich wystrój lokalu nie jest szczególnie istotny - ważne jest to żeby było miejsce do spotkań. Kawa może być podana w wyszczerbionym kubku i nikt nie zgłosi pretensji. Fajne są takie bezpretensjonalne miasteczka. Aczkolwiek luksusy i ładne kompletne filiżanki też lubię. Po targu w St. Ambroix pojechaliśmy do Sommieres a stamtąd sama już pojechałam z psami na plażę l'Espiguette. Jest to fantastyczna szeroka i długa plaża z latarnią morską i wydmami. Leży na terenie parku narodowego Camargue tworzącego deltę Rodanu. Jeździłam tam zimą i wiały wtedy straszne wiatry. Teraz nie wieje ale są za to roje muszek, które atakują, gryzą, wchodzą do nosa, oczu, uszu. Okropne. Nad samą wodą jest ok bo zawsze wieje lekki wiaterek ale zaraz za wydmami napadają na człowieka i psa te wampiry. Do plaży musieliśmy dojść 2 km bo remontują drogę dojazdową i biegliśmy truchtem żeby się od tych stworzeń uwolnić. Pamiętam że w jakimś przewodniku przeczytałam że jakkolwiek Camargue to ciekawy rejon (zwłaszcza dla obserwatorów ptaków bo jest ich tu pełno, również flamingów) to nie nadaje się do zwiedzania bo jesienią i zimą wieje silny wiatr, a wiosną i latem atakują meszki. I jest tak w istocie! Sprawdziłam na własnej skórze.

Święta Wielkanocne we Francji to czas na wyjście z domu i wybranie się na liczne festyny organizowane przez merostwa i niezależne grupy. Na jutro i pojutrze zorganizowano dużo imprez z których mogą korzystać dorośli i dzieci. Dla dzieci jest szukanie jajek ukrytych wcześniej przez dorosłych. Potem są pikniki, gra w bule dla seniorów, poczęstunki wszelkich dań i napojów. Odbywają się też znowu targi staroci i przeróżnego rzemiosła. W poniedziałek jedziemy z Richardem (o 5:30 rano, mamma mia) na targ do Blauzac, a potem do Uzes na festyn garncarzy i florystów. Wszystko dzieje się na powietrzu i widać że ludzie lubią przebywać razem wśród rodzin, znajomych i nieznajomych. Wystawiający swoje towary to pasjonaci którzy utrzymują się ze swoich produktów i swojego rzemiosła, ale widać że cieszy ich ta działalność i naprawdę mają frajdę z rozmów z klientami i bezpośredniego z nimi kontaktu. Było to widać dzisiaj na targu w Uzes. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam w Uzes tylu ludzi. Sezon turystyczny już się zaczął. Drogami zaczęły jeździć kampery, sznurkami. Na wjeździe do Uzes był korek! I to nie złożony ze stada owiec, co się zdarza, tylko z samochodów. Narzekałam na ciszę, a tu teraz taki zgiełk. No ale w naszej małej wioseczce go nie będzie bo nic oprócz domów, pół i lasów tutaj nie ma. Jest podobno jedna knajpa w której głównie przesiadują myśliwi po polowaniu ale jeszcze jej nie znalazłam. Może to jakiś prywatny klub dla wtajemniczonych i otwierają na hasło?

Wczoraj byłam w Arles, mieście w którym znakomicie zachowały się budowle rzymskie takie jak amfiteatr, arena oraz łuk tryumfalny. Od 3-6 kwietnia odbywa się tam Feria czyli walki byków w tejże arenie. Podobno walka jest do pierwszej krwi a potem... przylatuje helikopter i zabiera poszkodowanego, byka lub torreadora, do najbliższego szpitala. No, tak dobrze to na pewno nie ma. Nie wiem jak to dokładnie jest z tymi bykami i nie dopytuję się żeby się nie denerwować. Pojechałam tam rano żeby pochodzić po mieście (walki odbywają się po południu) bo oprócz wydarzeń na arenie zorganizowano inne atrakcje i miasto również mocno ożyło w tym czasie. Z Arles jest żabi skok do St. Maries de la Mer więc pojechaliśmy na plaże ale tu znów wygoniły nas komary tym razem więc nie zabawiliśmy długo. Było duszno i gorąco (to też Camargue czyli teren zalewowy na którym czerpie się sól morską albo sadzi ryż), ludzie siedzieli w kostiumach kąpielowych na plaży (musieli być czymś spryskani, spryciarze). Jak już wróciliśmy na nasze plateau, w nasze góry, zrobiło się świeżo i rześko. Odetchnęliśmy z ulgą. Powietrze mamy tutaj cudowne, pachnące żywicą pinii. I rzeczywiście niebo jest tutaj niezwykłe. Gdybym miała talent malarski, zajęłabym się malowaniem nieba i chmur. Formacje chmur i kolory przy wschodzie i szczególnie zachodzie są zdumiewające. Ponieważ codziennie chodzimy na długie spacery o wschodzie i zachodzie słońca mamy codziennie spektakl chmurny. Impresjoniści faktycznie musieli być tym światłem zachwyceni.

Saturday, April 04, 2015

Świąteczne życzenia

Moi drodzy, życzę wam cudownych Świąt Wielkanocnych, tego żeby jutrzejszy dzień był przypomnieniem, że każdy dzień może być waszym małym prywatnym zmartwychwstaniem do tego, co ten nowy dzień przyniesie, bo może to być coś co was wzbogaci, zachwyci, uszczęśliwi. Tego wam życzy wasza podróżniczka, która każdy dzień swojego życia wita śpiewając "Alleluja! Obudziłam się i mam kolejny fantastyczny dzień przed sobą!"

Pozdrawiam i ściskam!

Wkrótce cd uzeskich przygód.